FacebookFacebookSzukaj

Partnerzy serwisu

Partnerzy serwisu

I wojna światowa

Wigilijna bitwa – Łowczówek 1914

Starcie z 22–25 grudnia 1914 r. była już siódmą epopeją Legionów w I wojnie światowej

Krzysztof Jabłonka

Pierwszą był poranny wymarsz I Kompanii Kadrowej z krakowskich Oleandrów 6 sierpnia i bitwa o Kielce, zajęte 12 sierpnia, następną była bitwa o Iłżę, Laski-Anielin i Ulina Mała, która bitwą nie była, ale genialnym manewrem odwrotowym na Kraków 9–10 listopada pomiędzy korpusami zaborczych armii. Na zachodzie toczyła się równolegle bitwa pod Krzywopłotami, w końcu przełomowa bitwa pod Limanową w początku grudnia 1914 r.

 

Szczęśliwa bitwa


Wigilijna bitwa pod Łowczówkiem zamyka „szczęśliwą siódemkę” działań legionowych z 1914 r. Zwłaszcza że każde mimo licznych trudności skończyło się dla Legionów szczęśliwie. Rosjanie zostali powstrzymani.

 

Zdrada płk. Alfreda Redla, agenta carskiego, otworzyła Rosjanom drogę do Galicji i na Węgry. Znali każdy szczegół dyslokacji austriackich i węgierskich wojsk. Za późno było, aby coś zmienić. Stąd ich atak z początku sierpnia i września niemal zmiótł przeciwnika, powodując zajęcie Lwowa i oblężenie Przemyśla, a ofensywa wyhamowała dopiero na fortach Krakowa i na linii Łapanów–Limanowa–Nowy Sącz–Karpaty. Przeciwuderzenie na styku armii gen. Dimitrijewa i Brusiłowa, pod Limanową, w którym uczestniczyła I brygada pod dowództwem Piłsudskiego, spowodowała, że wojska rosyjskie pierwszy raz na tym odcinku frontu zaczęły się cofać. Zatrzymali się i okopali na linii wzgórz Rożnowskich między Dunajcem a rzeka Białą.

 

Do kontrofensywy przeszła 3 armia gen. Dimitrijewa w rejonie Łowczowa i Łowczówka, uderzając w styk dwóch armii austriackich 4 armii arcyksięcia Ferdynanda i 3 armii gen. Borojevicia. Austriakom poważnie zagroziło okrążenie.
Pułki 1 brygady właśnie odpoczywały w Nowym Sączu po bitwie pod Limanową, a jej dowódca został wezwany do Wiednia, gdy nadszedł rozkaz natychmiastowego wymarszu na zagrożony odcinek frontu. Dowódcą w zastępstwie Piłsudskiego był jego szef sztabu ppłk Kazimierz Sosnkowski. Niezwłocznie po przybyciu na pole walki oba pułki brygady ruszyły na Rosjan 22 grudnia wieczorem, aby nie dać im czasu na okopanie się na nowo zdobytym terenie.

 

1 pułk pod wodzą Śmigłego-Rydza dostał rozkaz zaatakowania i zdobycia wzgórza nr 360 (były to metry nad poziomem morza zaznaczone w ten sposób na mapie), a trzeci pułk szturmował w tym czasie sąsiednie wzgórze 343 pod wodzą Ścibora-Rylskiego. O ile pułk 1 zdobył z marszu wskazane mu wzgórze, to pułk 3 utknął pod nim i z braku łączności z austriacką artylerią musiał ze szturmem zaczekać do świtu 23 grudnia. Natarcie o świcie, wsparte ogniem artylerii i oddziałem węgierskich honwedów, zakończyło się również sukcesem. Wydawało się już, że wigilijną wieczerzę i świt Bożego Narodzenia spędzą legioniści w polskich chatach na śpiewaniu kolęd i wypijaniu barszczu, gdy w nocy z 23 na 24 grudnia ruszyły cztery zawzięte kontrataki rosyjskich wojsk. Odległość między walczącymi zmniejszyła się do 50 metrów. Przez całą wigilię trwał ogień karabinowy i artyleryjski, wieczorem zamiast strzałów słuchać było kolędy.

 

Polak z Polakiem


Legenda legionowa mówi do dziś, że po obu stronach frontu słychać było te same pieśni, śpiewane po polsku, a w boju ojciec w rosyjskim szynelu spotykał syna w legionowej kurtce, a brat rozpoznawał brata. Tak było np. w rodzinie Kossaków, gdzie obaj bracia malarze byli w przeciwnych sobie armiach. Jeszcze przed zmierzchem Sosnkowski otrzymał nieoczekiwany rozkaz wycofania brygady ze zdobytych świeżo wzgórz. W sztabie armii okazało się to pomyłką i wzgórza Rożnowskie trzeba było zdobywać od nowa. Na szczęście Rosjanie nie zdążyli się jeszcze na nich umocnić i z łatwością, zaskoczeni, dali się z nich raz jeszcze wyrzucić, niestety za stratami w ludziach. Świadczyło to o dużym zamieszaniu w austriackiej armii.

 

W dniu Bożego Narodzenia, który to dzień dla Rosjan był dopiero 12 grudnia (kalendarza juliańskiego), Rosjanie zaatakowali ze zdwojoną siłą. Od świtu wzgórza okrywała mgła, bój zatem prowadzono na bagnety, kolby karabinowe i saperki. Po serii ośmiu nieudanych szturmów dowództwo rosyjskie obeszło siły polskiej brygady od strony pobliskiego Tuchowa, a wskutek cofnięcia się brygad austriackich, przez Gromniki wyszły one na tyły polskiej brygady w okolicy Chojnika. Dalsze utrzymywanie pozycji nad rzeką Białą stało się niemożliwe. Na szczęście ok. 13.00 przyszedł rozkaz do odwrotu, gdy brygada była atakowana już z trzech stron. W porządku, trzymając nerwy na wodzy, poszczególne kompanie odrywały się od linii frontu, przechodząc wąską drogą między siłami wroga. Rosjanie jakby tylko na to czekali, rzucili się na odchodzących.

 

G. Łowczowski wspomina, że gdy z obu stron padały strzały, część legionistów przyspieszyła kroku, przechodząc w lekki bieg. Powstrzymał ich spokojny głos kpt Olszyny-Wilczyńskiego: „ Nie wyrywać się, bo wam zrobię zbiórkę na miejscu”. „Spokój głosu i dobór słów zrobiły swoje. Tempo odwrotu zmalało, tak że w największym już porządku minęli linię okopów austriackich”. Wyjątkowym opanowaniem i talentem dowódczym błysnęli wtedy kapitanowie Berbecki i Rylski, którzy potrafili tak wykonać trudny manewr, że ocalił on powierzone im oddziały. Zapewniło im to stopnie generalskie w przyszłości. Brygada wycofała się w porządku przez Lichwin do Wróblowic, gdzie spędziła pierwszą po bitwie „noc spokojnego snu”. 26 grudnia w południe wycofano ją do odwodów 4 armii w rejon Lipnicy Murowanej, gdzie już czekał na nią powracający z Wiednia Komendant.


Tragiczny bilans

 

Łącznie bitwa trwała cztery dni i trzy noce. Skrwawiona brygada poprowadziła pięć wielkich szturmów, głównie na wzgórza Rożnowskie, dwa razy zdobywane, odparła 16 kontrataków wroga i wzięła do niewoli 666 jeńców, przy stratach własnych 128 zabitych, w tym 38 oficerów i 342 rannych, wyłączonych na jakiś czas z walki. 22 grudnia w ataku na wzgórze 360 padł kapral Luboń-Krzemiński, który z przestrzelonej piersi zdołał jeszcze wydobyć ostatni okrzyk: „Niech żyje Polska! Legioniści naprzód!”. Padł ciężko ranny kpt. Kazimierz „Kuba” Bojarski, który od ran zmarł w Zakliczynie. Padli w boju por. Eugeniusz Użupis-Zagórski, Eugeniusz Słomka-Dreszer, Władysław Blejarski. Poległ także świetny taternik, zdobywca ściany Zamarłej Turni i Galerii Gankowej kpr. Józef Lesiecki.

 

Do niewoli dostało się kilkunastu żołnierzy. Najtragiczniejszy był los porucznika z 1 pułku brygady, Stanisława Króla-Kaszubskiego. Pochodzący z Kongresówki jako „poddany cara” został uznany przez sąd polowy za zdrajcę „rosyjskiej ojczyzny” i skazany na śmierć. Przed egzekucją oficerowie carscy obiecali mu ułaskawienie, o ile wstąpi do armii carskiej z zachowaniem stopnia osiągniętego w Legionach. Król-Kaszubski odmówił i został rozstrzelany 7 lutego 1915 r. w Pilznie w Galicji.

 

Wydarzenia spod Łowczówka przedstawił Z. Nowakowski w spektaklu scenicznym „Gałązka rozmarynu”, opisując, jak spotkali się ojciec z synem, Soboniowie pochodzący Sitkówki pod Kielcami. Niepowtarzalną atmosferę wojennej wigilii opisał poeta legionowy G. Łowczowski w wierszu:

Świerki wokoło ogromne,
We mgle Łowczówek tonie
Słowa rozkazów – kolędą:
Strzelać! Przechodzą pole!
Gwizd kul muzyką świąteczną,
jęczą zranione świerki.
Ranni wołają pomocy.
W Twe Imię – Boże Wielki!

 

Pole bitwy pod Łowczówkiem upamiętnia Cmentarz Legionistów Polskich Nr 171 umiejscowiony na wzgórzu 394, zwanym Kopaliny, w pobliżu drogi Łowczów–Rychwałd, a na Grobie Nieznanego Żołnierza widnieje odrębna tabliczka z napisem: –„Łowczówek” z wigilijną datą 24 grudnia 1914 r.

 

Za męstwo w boju dowództwo 4 armii austriackiej przyznało sześć wielkich złotych medali, 18 wielkich srebrnych i 48 małych oraz 72 dyplomy uznania. Ponadto po latach płk Gustaw Świderski został odznaczony Orderem Virtuti Militari za wzięcie, na czele kilkuosobowego patrolu, do niewoli całego sztabu dowództwa rosyjskiego pułku piechoty syberyjskiej.

 

Legioniści naprzód!

 

Od razu po bitwie Kazimierz Sosnkowski jako dowódca podziękował legionistom słowami: „Żołnierze, w bitwie pod Łowczówkiem daliście dowód męstwa… Wojenna postawa wasza wskrzesza dawne tradycje oręża polskiego. W imię tej dawnej, wiecznie żywej sławy bojów i trudów polskich, rozkaz niniejszy dorzuca do nieprzebranego skarbca imion poległych za Polskę bohaterów, nazwiska kolegów naszych, których imiona na wieki zapamięta nasza ojczyzna.
Żegnając rannych w tej bitwie życzeniem jak najrychlejszego powrotu do służby w imieniu komendy, pozdrawiam Was wezwaniem, zgasłego na polu walki szeregowca 1 pułku Lubonia: Niech żyje Polska! Legioniści naprzód!”.

 

W Murowanej Lipnicy czekał na swych podkomendnych przybyły z Wiednia brygadier Piłsudski. Wydał on „Rozkaz z powodu boju pod Łowczówkiem”, sankcjonując nazwę bitwy: „Żołnierze,
pięć miesięcy mija od czasu, gdy krwią własną znaczycie istnienie w ojczyźnie polskiego Żołnierza. Pięć miesięcy krwawej i ciężkiej pracy, która nam dała sławę pierwszorzędnego wojska.
Z pięciu tysięcy ludzi, którzy byli w moim oddziele, tysiąc padło lub zostało ciężko rannych w bojach, świadcząc, że za honor należenia do naszego grona obficie krwią trzeba płacić. Cześć im wszystkim i chwała, a pamięć o nich niech zawsze bliską będzie naszemu sercu….My zaś bądźmy gotowi do dalszych walk i bojów, z których, jestem pewien, potrafimy wyjść może uszczupleni w swym gronie, lecz zawsze z honorem”.

 

Brygadier wyróżnił imiennie por. Burhardta, Ścieszyńskiego, Bortnowskiego oraz Świderskiego, który „z 9 ludźmi aresztował za frontem 32 Rosjan z pułkownikiem na czele”. Wyraził im żołnierskie podziękowanie i swoje głębokie uznanie. Do końca roku 1914 i przez całą wiosnę, aż do ofensywy pod Gorlicami z 3 maja 1915 r. na froncie galicyjskim panował już spokój i lokalny rozejm.

 

Powiązane artykuły