FacebookFacebookSzukaj

Partnerzy serwisu

Partnerzy serwisu

Jacek Karnowski

I wojna światowa

Razem do Polski

Jest przekonanie, że data 11 listopada, którą obchodzimy jako Święto Niepodległości, tak naprawdę nie odnosi się do jakiegoś spektakularnego wydarzenia związanego z odzyskaniem suwerenności. Sporo w tym prawdy

 

Tomasz Łysiak

Rzeczywiście Piłsudski, uwolniony przez Niemców przerażonych widmem rewolucji, przyjechał do Warszawy dzień wcześniej. Mieszkańcy stolicy i członkowie POW właśnie rozbrajali niemieckich żołnierzy – zdawałoby się na pierwszy rzut oka zatem, że nie dzieje się nic spektakularnego. No, może poza tym że… skończyła się I wojna światowa. Wychodziliśmy z tej dziejowej zawieruchy, odzyskując podmiotowość. Przed nami były jeszcze zarówno boje dyplomatyczne dotyczące negocjacji pokojowych (w których wspaniale swe role odegrali Dmowski i Paderewski), jak i walki na polach bitewnych (powstanie wielkopolskie, powstania śląskie, wojna polsko-bolszewicka). Niepodległość wykuwaliśmy tak naprawdę aż do roku 1921.

 


W tym roku obchodzimy setną rocznicę uchwalenia i oficjalnego ogłoszenia tzw. Aktu 5 listopada – w którym monarchowie austriacki i niemiecki deklarowali utworzenie niepodległego państwa polskiego. Byliśmy niejako na półmetku naszej drogi ku wolnej Polsce. Twarda postawa Legionów na polu bitwy, a potem – w kontekście istnienia naszego wojska jako autonomicznej armii – dymisja Piłsudskiego i jego oficerów oraz groźba utraty doskonałego sojusznika w walce z Rosją, skłoniły dwa zaborcze mocarstwa do ustępstw. Akt 5 listopada był więc niezwykle ważnym krokiem na drodze ku wolności.

 


Nasza niepodległość to bez wątpienia etos Legionów Polskich, zjawiska, które wykracza poza ramy fenomenu powstawania z niczego polskiego wojska i staje się obszarem budowania nowej ojczyzny. Ale nie tylko: w tej historii mamy i dowborczyków, i błękitną armię Hallera, i dyplomatyczne gry paryskie. I wreszcie wysiłek organizacji tajnych. Bez nich także tej niepodległości by nie było. Mowa o Związku Walki Czynnej i Polskiej Organizacji Wojskowej. Gdy z szacunkiem pochylamy głowy, oddając cześć bohaterom lat 1914–1918, powinniśmy czynić to także wobec członków tych organizacji. Niestety o tyle, o ile dzisiaj o Legionach jeszcze młodzi ludzie słyszeli, o tyle, o ile znają nazwiska Piłsudskiego czy Dmowskiego, to o ZWC i POW najczęściej nie wiedzą niczego.

 


Związek Walki Czynnej

 


Gdyby opowiadać o powołaniu do życia ZWC, trzeba by zaczynać od Organizacji Bojowej PPS, bo to jej działacze byli ojcami założycielami związku. Bezpośrednich inicjatorów było dwóch: Kazimierz Sosnkowski i Józef Piłsudski. „Przegadali” temat, po czym „Ziuk” poparł ideę Sosnkowskiego. W końcu Piłsudski wiedział, że do odzyskania niepodległości jest nam potrzebna wojna, w którą zaangażują się zaborcy. Długo przed tym, jak Gawriło Princip strzelił w stronę arcyksięcia Ferdynanda, przyszły Naczelnik formułował nie tylko nasze cele, ale i przewidywał losy mającej wybuchnąć wojny.

 


Według jego wizji początkowo miały wygrywać Austria i Niemcy, a w drugiej fazie wojny zwycięstwo miało przechylić się na korzyść mocarstw zachodnich – Francji i Anglii. Z tego względu uważał, iż powinniśmy początkowo bić się o Polskę, współdziałając ze stroną austriacko-niemiecką, a potem „przepłynąć” na stronę zwycięską. Do tego dochodziła formuła „najważniejszego wroga”, za jakiego Piłsudski uważał Rosję, która pracowicie „rozmontowywała” Polskę w XVIII w. z którą potem biliśmy się w powstaniach i która zawłaszczyła sobie lwią część polskiego terytorium. Jednak aby Polacy mogli bić się na wojnie, potrzebne było dobrze wyszkolone i uzbrojone wojsko polskie. Tego oczywiście nie było, w dodatku, po tak długiej niewoli, w dużej mierze zostały pogrzebane polskie tradycje wojskowe. Powstanie listopadowe bazowało jeszcze na polskim wojsku istniejącym w Królestwie Kongresowym. To późniejsze o lat trzydzieści wybuchło w warunkach, w których od wielu lat oficjalne wojsko narodowe nie istniało. Zwoływane ad hoc oddziały leśne – fatalnie uzbrojone w dubeltówki, broń myśliwską, czy kosy – były po prostu partyzantką pozbawioną odpowiedniego fundamentu wojskowego. Oficerowie kończyli rosyjskie szkoły wojskowe i służyli potem w rosyjskiej armii, a przechodząc w szeregi powstańcze porzucali zaborczy mundur. Tak było choćby w przypadku Romualda Traugutta. Piłsudski wiedział, że aby myśleć o wybiciu się na niepodległość musimy mieć polskie wojsko i „ulepić”, zarówno pod względem wyszkolenia osobistego, jak i walorów duchowo-moralnych, żołnierza polskiego. I po to w 1908 r. powstał Związek Walki Czynnej.

 

 

„Sosnkowski – pisał Marian Kukiel, współtwórca ZWC – uczynił krok niezwykłej doniosłości dziejowej: w porozumieniu z kilkoma podkomendnymi założył organizację wojskową, bezpartyjną i niezależną, mającą wychowywać oficerów dla przyszłego powstania zbrojnego przeciwko Rosji”. Powstanie rzeczywiście próbował wzniecić 1 pułk piechoty legionów w sierpniu 1914 r., lecz niestety gorące serca I Kompanii Kadrowej nie pobudziły królewiaków do chwycenia za broń. Co ważne, w deklaracji programowej znalazła się także formuła celu dla przygotowań do walki zbrojnej Związku Walki Czynnej: „Celem zgodnych wysiłków jego członków jest Niepodległa Republika Demokratyczna”.

 


Rozpoczęło się kształcenie wojska – wyjazdy na „poligony”, ćwiczenia z musztry, taktyki, czy forsowanych marszów. Zaczęły funkcjonować kursy i prawdziwa szkoła oficerska. Słynny znaczek w kształcie „Parasola”, jaki można dostrzec na zdjęciach z epoki, przyczepiony do munduru na piersi oficerów to właśnie odznaka ukończenia takiej oficerskiej szkoły.

 


Gdy w Austrii wprowadzono prawo umożliwiające zakładanie związków strzeleckich, stało się to dla Polaków okazją do stworzenia militarnych oddziałów, przeszkolonych, a nawet uzbrojonych, gotowych do mobilizacji i podjęcia działań w czasie wojny. Tak powstał we Lwowie Związek Strzelecki, w Krakowie Towarzystwo „Strzelec”, a w wielu zakątkach Polski – Drużyny Strzeleckie czy Bartoszowe. W ramach ZWC nie istniały szarże jak w regularnym wojsku. Na pamiątkę kościuszkowskich bohaterów mówiono do siebie per „obywatelu”, dodając jedynie funkcję, np. „obywatelu komendancie”, czy też „obywatelu sekcyjny”.

 


Tak pisał Wacław Lipiński o działaniach ZWC, szkole podoficerskiej i oficerskiej, a także oddziałach strzeleckich: „Imponujący ten wysiłek wojskowy, w którym przy boku Józefa Piłsudskiego brali udział: Sosnkowski, Rydz-Śmigły, Sławek, Trojanowski, Krynicki, Stachiewicz, Kukiel, Fleszar, Piskor, Prystor, Dąbkowski – wysiłek mający na celu przygotowanie do przyszłego powstania jak najliczniejszych kadr podoficerskich i oficerskich, po kilku latach pracy, na którą starsze pokolenie patrzy bądź ze wzruszeniem ramion, bądź z politowaniem i wyniosłym lekceważeniem – poczyna wydawać coraz większe, coraz poważniejsze wyniki, wychodząc poza ramy młodzieży pozostającej pod wpływami potężnej indywidualności Piłsudskiego, wywierającej wprost magnetyczny wpływ na otaczających go ludzi”.

 


„Magnetyczny wpływ” Piłsudskiego i upór innych twórców ZWC spowodował, że gdy wybuchła wojna światowa, to polscy strzelcy byli na nią przygotowani. Co więcej, czekali jej z utęsknieniem, bo wiedzieli, że wraz z nią przychodzi promyk nadziei, że może zaświta dla nas „jutrzenka swobody”. Podobnież na ulicach Krakowa widać było w pierwszych dniach wojny uśmiechnięte twarze Polaków, którzy wcale nie martwili się grozą nadciągających wojennych wydarzeń, lecz cieszyli tym, że być może lada chwila Polska wstanie z grobu. I kiedy w krakowskich Oleandrach zbierali się Strzelcy – byli gotowi, by ruszyć wzniecać powstanie, byli gotowi do wojny. Wystarczyło I kompanię wyposażyć w karabiny typu Mannlicher, reszcie dać nawet ździebko przestarzałe werndle i można było iść wojować świat. Nawet gdy czekały upokorzenia, „zamknięte okiennice”, pot, krew i łzy…

 


Polska Organizacja Wojskowa

 


Gdy Legiony przelewały krew na polach bitew – pod Laskami, Krzywopłotami, Łowczówkiem, Rokitną i Kościuchnówką, właściwie równolegle, na terenie zaboru rosyjskiego potajemną, konspiracyjną akcję zbrojną prowadziła – POW.

 

Polska Organizacja Wojskowa powstała w Warszawie w drugim tygodniu sierpnia 1914 r. i początkowo miała w składzie dwie kompanie: studencką oraz robotniczą. Komendantem głównym był Józef Piłsudski, który w październiku pierwszego roku wojny postanowił zamienić organizację w odpowiednik Legionów, tyle że bijący się warunkach bytu konspiracyjnego i prowadzący akcje dywersyjne na tyłach wroga. Cel był ten sam: odbudowa niepodległego, suwerennego państwa polskiego. Piłsudski parł do tego niego dwiema drogami: za pomocą Legionów oraz POW. Przy czym służba w tajnej organizacji wojskowej była często bardziej niebezpieczna niż w regularnym wojsku, wiązała się z ryzykiem śledztw i egzekucji. Co ciekawe, w ramach walk POW bohaterską kartę zapisały kobiety, które podejmowały się służby łączniczek i jeździły z meldunkami. Miały także swój odrębny, kobiecy oddział bojowy. Wiele z nich zginęło, rozstrzelanych za udział w tajnej polskiej sprawie.

 


Jesienią 1914 r. Piłsudski wysłał do Warszawy swego adiutanta Tadeusza Żulińskiego, by ten objął komendę POW. Były oficer ZWC miał teraz kierować kolejną zbrojną grupą walczącą o wolność. W Polskiej Organizacji Wojskowej służyły tysiące ochotników, a swoim działaniem organizacja objęła wiele miejscowości zarówno w Królestwie, jak i na tzw. ziemiach zabranych. Oddziały powstawały nawet w Kijowie i Petersburgu. Pośród znanych nazwisk uczestników walki POW wymienić trzeba poza samym Żulińskim – Bogusława Miedzińskiego, Konrada Libickiego, Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego i Wacława Jędrzejewicza. Wysadzanie pociągów, czy mostów, walka zarówno z Rosjanami, jak i Niemcami – wszystko miało jeden cel. Wolną Polskę.

 


Kiedy w listopadzie roku 1918 Piłsudski przyjechał do Warszawy, zaapelował, by przejęcie władzy nastąpiło bezkrwawo, i tak też usiłowano czynić. Jednak nie wszędzie się to udało, bo Niemcy wcale nie byli chętni, żeby ot tak, oddać broń. Na terenie stolicy już wisiały flagi polskie, już panował nastrój radosnego napięcia, a ludzie cieszyli się z tego, co jeszcze niedawno wydawało się prawie niemożliwe, ale nadal tu i ówdzie odzywały się strzały albo ktoś dosłownie w ostatnich godzinach wojny tracił życie. Jednak do historii, jak symbol z tych listopadowych dni, przeszły zdjęcia, na których widać nie tylko polskich żołnierzy oficjalnych sił zbrojnych, lecz także uzbrojonych „cywili”, czyli żołnierzy Polskiej Organizacji Wojskowej – zabierających karabiny Niemcom. Gdy popatrzeć na taką fotografię, na której członek POW uczestniczy w rozbrajaniu poddającego się zaborcy, to myśl biegnie do tych wszystkich bojowców podziemnej armii polskiej roku 1863. Jeszcze żyjący, nieliczni powstańcy, patrzyli z dumą na swoich dziedziców, którzy w końcu wywalczyli niepodległość. Już niedługo, owi starzy ludzie, mieli dostać od Piłsudskiego prawdziwe mundury i oficjalnie zostać uznanymi za żołnierzy Wojska Polskiego.

 


Por. Żuliński, komendant POW, zginął 5 listopada 1915 r. rok przed ogłoszeniem Aktu 5 listopada… Jego ojcem był powstańcem styczniowym. Dziadek – listopadowym. Piłsudski powiedział w specjalnym rozkazie o śmierci komendanta POW: „Żołnierze! W pamiętny dzień 29 listopada… Chcę wrazić wam w pamięć imię kolegi naszego, który godzien jest stanąć obok czczonych przez nas bohaterów przeszłości. […] W Warszawie, wśród sieci szpiegów i poszeptów słabości, bez wszelkich błyskotek zewnetrznego życia żołnierskiego, mając w perspektywie śmierć samotną w lochu więziennym lub w otoczeniu siepaczy, porucznik Żuliński długie miesiące stał na stanowisku, w tej wojnie najtrudniejszym, a więc i najbardziej honorowym, szedł w ślady ojców i dziadów, którzy tajemnie w ciężkich więzach podziemnego spisku gotowali broń przeciw najeźdźcy… Żołnierze! Wzywam Was, byście oddali cześć Komendantowi Oddziału Wojsk Polskich w Warszawie i w zaborze rosyjskim w roku 1915!”.

 


W listopadzie w polskich miastach i miasteczkach z fasad urzędów leciały na ziemię czarne, zaborcze orły. Na dachach zawisły biało-czerwone flagi. Legioniści wracali do Warszawy pełni dumy – by tam spotkać się z żołnierzami z tajnej polskiej armii. To oni wspólnie, ramię w ramię, wywalczyli nam wolną Polskę.

Nasza niepodległość to bez wątpienia etos Legionów Polskich, zjawiska, które wykracza poza ramy fenomenu powstawania z niczego polskiego wojska

Powiązane artykuły