Szanowny Czytelniku

Chcielibyśmy poinformować Cię o przetwarzaniu Twoich danych osobowych oraz zasadach, na jakich będzie się to odbywało po dniu 25 maja 2018 r., zgodnie z instrukcjami, o których mowa poniżej.

Od 25 maja 2018 r. zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane w skrócie również jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). RODO obowiązywać będzie w identycznym zakresie we wszystkich krajach Unii Europejskiej, w tym także w Polsce, i wprowadza wiele zmian w zasadach regulujących przetwarzanie danych osobowych, które będą miały wpływ na wiele dziedzin życia, w tym na korzystanie z usług internetowych. Przed przejściem do serwisu naszym celem jest zapoznanie Cię ze szczegółami stosowanych przez nas technologii oraz przepisami, które niebawem wejdą w życie, tak aby dać Ci szeroką wiedzę i bezpieczeństwo korzystania z naszych serwisów internetowych Prosimy Cię o zapoznanie się z podstawowymi informacjami.

 

Co to są dane osobowe?

Podczas korzystania z naszych usług internetowych Twoje dane osobowe mogą być zapisywane w plikach cookies lub podobnych technologiach, instalowanych przez nas lub naszych Zaufanych Partnerów na naszych stronach i urządzeniach do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu udostępniania personalizowanych treści i reklam, bezpieczeństwa oraz analizowania ruchu na naszych stronach.

 

Kto będzie administratorem Twoich danych osobowych?

Administratorami Twoich danych osobowych będzie Fratria sp. z o.o., a także nasi Zaufani Partnerzy, tj. firmy i inne podmioty, z którymi współpracujemy przede wszystkim w zakresie marketingowym. Listę Zaufanych Partnerów możesz sprawdzić w każdym momencie pod niniejszym linkiem „Zaufani Partnerzy”.

 

Po co są nam potrzebne Twoje dane?

Aby dostosować reklamy do Twoich potrzeb i zainteresowań, zapewnić Ci większe bezpieczeństwo usług oraz dokonywać pomiarów, które pozwalają nam ciągle udoskonalać oferowane przez nas usługi.

 

Twoje uprawnienia

Zgodnie z RODO przysługują Ci następujące uprawnienia wobec Twoich danych osobowych i ich przetwarzania przez nas i Zaufanych Partnerów. Jeśli udzieliłeś zgody na przetwarzanie danych, możesz ją w każdej chwili wycofać. Przysługuje Ci również prawo żądania dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, prawo do przeniesienia danych, wyrażenia sprzeciwu wobec przetwarzania danych oraz prawo do wniesienia skargi do organu nadzorczego – GIODO. Uprawnienia powyższe przysługują także w przypadku prawidłowego przetwarzania danych przez administratora.

 

Zgoda

Wyrażenie przez Ciebie zgody jest dobrowolne. W każdym momencie możesz również edytować swoje preferencje w zakresie udzielonej zgody, w tym nawet wycofać ją całkowicie, klikając w ustawienia zaawansowane lub wyrażając zgodę i przechodząc na naszą stronę polityki prywatności. Każde przetwarzanie Twoich danych musi być oparte na właściwej, zgodnej z obowiązującymi przepisami, podstawie prawnej. Podstawą prawną przetwarzania Twoich danych osobowych w celu świadczenia usług, w tym dopasowywania ich do Twoich zainteresowań, analizowania ich i udoskonalania oraz zapewniania ich bezpieczeństwa, jest niezbędność do wykonania umów o ich świadczenie (tymi umowami są zazwyczaj regulaminy lub podobne dokumenty dostępne w usługach, z których korzystasz na naszych stronach internetowych). Jeśli chcesz się zgodzić na przetwarzanie przez Fratrię sp. z o.o. i jej Zaufanych Partnerów Twoich danych osobowych zebranych w związku z korzystaniem przez Ciebie z naszych stron i aplikacji internetowych, w tym ich przetwarzanie w plikach cookies itp. instalowanych na Twoich urządzeniach i odczytywanych z tych plików danych, możesz w łatwy sposób wyrazić tę zgodę, klikając w przycisk „Zgadzam się i przechodzę do serwisu”. Jeśli nie chcesz wyrazić opisanej wyżej zgody lub ograniczyć jej zakres, prosimy o kliknięcie w „Ustawienia zaawansowane”. Wyrażenie zgody jest dobrowolne.

 

Dodatkowe informacje dotyczące przetwarzania danych osobowych oraz przysługujących Ci uprawnień przeczytasz na „Polityce prywatności”.

Close

Ustawienia zaawansowane

Aby dostosować reklamy i treści do Twoich potrzeb i zainteresowań, zapewnić Ci większe bezpieczeństwo usług oraz dokonywać pomiarów, które pozwalają nam ciągle udoskonalać oferowane przez nas usługi, podczas korzystania z naszych usług internetowych Twoje dane osobowe mogą być zapisywane w plikach cookies lub podobnych technologiach instalowanych przez nas lub naszych Zaufanych Partnerów na naszych stronach i urządzeniach do zbierania i przetwarzania danych osobowych.

 

 

 

 

Zgadzam się na przechowywanie w moim urządzeniu plików cookies, jak też na przetwarzanie w celach marketingowych, w tym profilowanie, moich danych osobowych pozostawianych w ramach korzystania oferowanych przez Wydawnictwo Fratria sp. z o.o. oraz zaufanych partnerów usług Wydawnictwa. Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych w ramach korzystania z oferowanych przez Wydawnictwo Fratria zaufanych partnerów usług. Pamiętaj, że wyrażenie zgody jest dobrowolne.

 

Dodatkowe informacje dotyczące przetwarzania danych osobowych oraz przysługujących Ci uprawnień przeczytasz na Polityce prywatności.

FacebookFacebookSzukaj

Partnerzy serwisu

Partnerzy serwisu

Dzieje polskiej przedsiębiorczości

Partnerzy serwisu

PZU. Dwa stulecia bezpieczeństwa

Mimo że nazwa, struktura i oferta zmieniały się wielokrotnie, korzenie Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń sięgają samych początków XIX w. Po raz pierwszy pomysł ubezpieczenia mienia wcielono w życie w 1803 r. i okazał się on na tyle dobry, by w nieustannie ewoluującej formie funkcjonować do dziś

Wojciech Lada

Wszystko zaczęło się od ognia. Wbrew popularnym opiniom o zastawaniu Polski drewnianej i zostawianiu jej murowanej przez XIV-wiecznych monarchów, jeszcze w XIX stuleciu dobrych kilkadziesiąt procent (w zależności od wielkości) zabudowy polskich miast składało się głównie z drewna. A ponieważ jedynym źródłem światła po zmroku były świece (lampa naftowa to wynalazek połowy stulecia, podobnie zresztą jak wykorzystanie oświetlenia gazowego), pożary były kataklizmem tyleż strasznym, ile powszechnym. „Wielkie nieba! Co za widok!” – pisała w dramatycznym tonie słynna aktorka Helena Modrzejewska, będąca świadkiem pożaru Krakowa w 1850 r. – „Całe miasto w ogniu. Płomienie, jasne i czarne kłęby dymu, iskry wystrzelające wysoko w powietrze, i – o Boże, takie czerwone, krwawe niebo […] Pożar trwał dziesięć dni. Przez ten czas nie było ani jednej nocy nie rozświetlonej płomieniami, ani jednego dnia bez nowego alarmu”.

 

Przerażenie Modrzejewskiej nie powinno zaskakiwać. Spłonęło wówczas blisko 10 proc. powierzchni miasta, ok. 160 domów, pałaców i kościołów, a odbudowa ich trwała 15 lat, choć w przypadku niektórych świątyń przeciągnęła się nawet do roku 1912. Nic też dziwnego, że pół wieku wcześniej anonimowy autor „Xiążki Ogniowej” – ówczesnego zbioru przepisów przeciwpożarowych – zaznaczał we wstępie: „Niełatwo się znajdzie co straszniejszego nad trwogę z ognia pochodzącą: wyjąwszy wylew wód, niemasz żadnego nieszczęścia, któreby w czasie kilku godzin więcey strachu, spustoszenia i nędzy sprawić mogło, iak pożar”.

 

Zapisano to w roku 1803. Roku bardzo ważnym, bo w nim właśnie, konkretnie 21 kwietnia, edyktem króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III rozpoczyna się historia ubezpieczeń na ziemiach polskich. Powołane wówczas do życia Towarzystwo Ogniowe dla Miast w Prusach Południowych pierwsze pobierało obowiązkowe składki od obywateli i pokrywało z nich koszty zniszczeń dokonywanych przez pożary.

 

Dla miast i wsiów

 

Towarzystwo Ogniowe od początku było instytucją bardzo rozbudowaną i dobrze zorganizowaną. Jego dwie dyrekcje znajdowały się w Warszawie i w Poznaniu, a ich oddziały w Piotrkowie, Sieradzu, Łęczycy, Łowiczu, Wschowej, Gnieźnie, Międzyrzeczu, Pyzdrach, Włocławku i Kaliszu. W rzeczywistości podlegały mu dokładnie wszystkie miasta zaboru pruskiego, co do czego nie pozostawiał wątpliwości królewski edykt: „Do Towarzystwa Ogniowego […] należą wszystkie miasta w tej prowincyi znajdujące się, większe i mniejsze, bez różnicy i wyjątku, wraz ze wszystkimi budynkami na gruncie i terytorium mieyskimstoiącemi, czyli są one natury mieyskiej lub do dóbr J.K. Mci, bądź ekonomii w miastach należą”. Rok później Fryderyk Wilhelm III powołał analogiczne Towarzystwo Ogniowe dla Wsiów w Prusach Południowych, do którego zgodnie z nazwą miał „być usposobiony cały kraj płaski, czyli wsie tej prowincji, ze wszystkimi budynkami bez różnicy”.

 

Królewski pomysł sprawdził się na tyle dobrze, że dziejowa zawierucha, która targała Polską przez najbliższe kilkadziesiąt lat, nie wpłynęła znacząco na funkcjonowanie systemu ubezpieczeń – choć nie zabrakło momentów kryzysowych i bankructw. I tak już w 1807 r. wojska Napoleona Bonapartego przechodząc przez tereny Polski, zabrały z sobą praktycznie całe zasoby finansowe Towarzystw Ogniowych, doprowadzając do ich upadku, ale jeszcze w tym samym roku władze nowo utworzonego Księstwa Warszawskiego reaktywowały ich działalność pod wspólną nazwą Towarzystwo Ogniowe dla Miast i Wsiów oraz uregulowały ich finansowe zaległości. Towarzystwo odżyło i okazało się instytucją na tyle niezbędną, że jego działalności nie powstrzymał upadek Księstwa w 1813 r. i zajęcie jego terytorium przez Rosję – zmieniały się jedynie nazwy, ale forma i działalność były bezpośrednią kontynuacją tych z czasów pruskich i napoleońskich.

 

Schyłek towarzystw ubezpieczeniowych w dotychczasowej, coraz bardziej archaicznej już postaci, przyniósł dopiero rok 1831 – powstanie listopadowe, jego upadek i późniejsze represje. Ówczesny działacz ubezpieczeniowy Józef Mrazek zanotował wówczas: „Towarzystwo przeszło także krizis niezwykłą po powstaniu w roku 1831. […] Polecił cesarz Mikołaj, aby wszystkie szkody podczas powstania w roku 1831 przez ogień zrządzone wynagrodzone były przez Towarzystwo. Straty te wynosiły 5 294 000 złotych polskich. I w myśl postanowień administracyjnych Królestwa Polskiego z lat 1832, 1834 i 1835 wypłacone zostały z funduszów Towarzystwa Ogniowego bez uciekania się do nadzwyczajnych dopłat”.

 

Wypłata tych zobowiązań postawiła Towarzystwo na granicy bankructwa, co jednak – paradoksalnie – okazało się dla sprawy polskich ubezpieczeń zbawienne. Feldmarszałek Iwan Paskiewicz – mający wśród Polaków jak najgorszą opinię z powodu najpierw odbicia Warszawy z rąk powstańców i późniejszego ćwierćwiecza bardzo surowych w niej rządów jako Namiestnik Królestwa, w kwestii ubezpieczeń okazał się umysłem nowoczesnym i zaskakująco wrażliwym społecznie. 10 stycznia 1843 r. Towarzystwo Ogniowe zostało przekształcone w Dyrekcję Ubezpieczeń, która miała zarządzać Główną Kasą Oszczędności mającą wspierać najuboższe warstwy społeczeństwa. Jej prezesem został hrabia Fryderyk Skarbek. Jak zanotował: „Książe (Paskiewicz) powziął stanowcze postanowienie zamienienia z pomocą moją dotychczasowego towarzystwa ogniowego w instytucję rządową, mającą łączy w sobie wszelkie rodzaje ubezpieczenia i kasy oszczędności, z dobroczynną dążnością zabezpieczenia majątków prywatnych od strat losowych, a bez ciągnienia stąd jakiejkolwiek bądź zysków dla skarbu. Wkrótce potem polecił mi namiestnik przedstawienie projektu organizacji podobnej instytucji, co, rozumie się, ze skwapliwością dopełniłem, nadając jej od razu znamię obywatelskiej władzy”.

 

Hrabia Skarbek nadał instytucji bardzo wiele swoich cech osobistych. Był on jednocześnie jednym z wybitniejszych ekonomistów epoki i zaangażowanym społecznikiem – przez lata działał w Głównej Radzie Opiekuńczej prowadzącej domy opiekuńcze i inną działalność wśród biedoty. Pod jego zarządem, trwającym do roku 1855, Dyrekcja Ubezpieczeń nie tylko sprawnie funkcjonowała, lecz wręcz zrewolucjonizowała rynek ubezpieczeniowy. W 1844 r. wprowadziła np. ubezpieczenia na życie, transportów wodnych, lądowych i kolejowych, bydła od zarazy, a nawet ubezpieczenie od gradobicia. Oczywiście w sferze zainteresowania instytucji wciąż znajdowały się również pożary – agentom Dyrekcji zdarzało się np. ścigać podpalaczy czy inwestować w najnowszy sprzęt strażacki.

 

Mimo tych sukcesów dzieło Skarbka przeżyło swojego twórcę zaledwie o rok. Tym razem nie chodziło jednak o problemy finansowe – pod względem ekonomicznym firma działała doskonale. Jej schyłek wpisał się po prostu w burzliwe dzieje XIX-wiecznej Polski i zbiegł z wybuchem, a następnie represjami po powstaniu styczniowym. Paskiewicz od kilku lat już wówczas nie żył, a jego śmierć zbiegła się z przejściem na „emeryturę” Skarbka – sprawy ubezpieczeń nie miał więc kto bronić przed targanym obsesją zemsty za zryw carem. W styczniu 1867 r. Dyrekcja Ubezpieczeń, jako instytucja polska, została oficjalnie rozwiązana, a jej struktura przejęta przez odpowiednie urzędy guberni i powiatów Imperium Rosyjskiego. Na chwilę jednak. Forma i aktywność wymyślonej przez Skarbka instytucji okazały się na tyle skuteczne, że zaledwie po trzech latach car zdecydował się ponownie scentralizować kwestię ubezpieczeń, powołując Wzajemne Guberniane Ubezpieczenia Budowli od Ognia – instytucję nieco bardziej archaiczną, ale kopiującą większość pomysłów swojej poprzedniczki. Niestety całkowicie zrusycyzowaną.

 

Car nie nadążał jednak za duchem czasów. Nie doceniał też Polaków, którzy postanowili wziąć rynek ubezpieczeniowy we własne ręce. W tym samym 1870 r. powstała pierwsza prywatna firma w tej branży – Polskie Towarzystwo Ubezpieczeń Spółka Akcyjna, wkrótce zaś potem drobniejsze i bardziej wyspecjalizowane zakłady, zresztą współpracujące: Towarzystwo Wzajemnych Ubezpieczeń od Gradobicia „Ceres” oraz Towarzystwo Wzajemnych Ubezpieczeń „Snop” (dla warstwy ziemiańskiej). Po latach przecierania szlaków ubezpieczenia stały się w tym mniej więcej czasie bardzo popularne w społeczeństwie, a co za tym idzie – niemal powszechne. Miały także coraz lepszą prasę. Wybitny ówczesny prawnik prof. Jan Kasper Bluntschli pisał wówczas z zachwytem: „Twierdzenie, że w czasach obecnych w instytucjach ubezpieczeń mieści się rozkwit rozwoju ekonomicznego, nie jest za śmiałem. Żadna instytucja nie zapewnia bowiem i nie wzmaga tak skutecznie ekonomicznej swobody i samodzielności każdego obywatela, jego niezawisłości od wsparcia i jałmużny, a tym samym jego godności obywatelskiej; żadna instytucja nie oswobadza go tak dzielnie od troski rodzinnej o bezpieczeństwo mienia, jak instytucja ubezpieczeń”.

 

Skąd taki zachwyt prof. Bluntschliego? Jego wypowiedź brzmi dziś niemal jak tekst reklamowy PTU SA… Bluntschli jednak był Szwajcarem i nie miał zupełnie nic wspólnego ani z tą firmą, ani z Polską w ogóle. Ubezpieczenia po prostu zaczynały robić furorę w całej Europie, w Polsce być może nawet ze zdwojoną energią energia z powodów… patriotycznych. Klęska powstania styczniowego i traumatyczne represje następnych lat po pierwsze, zubożyły społeczeństwo i to wszystkich klas, po drugie zaś, stłumiły na kolejnych czterdzieści lat wszelkie odruchy czynnego buntu przeciwko zaborcy. Ten pierwszy element sprawił, że ubezpieczenia stały się modne z powodów ekonomicznych, drugi – wzmógł w społeczeństwie potrzebę buntu biernego. Pojawił się wtedy pozytywizm, hasła pracy u podstaw i pracy organicznej – starano się walczyć o polskość już nie szablami i karabinami, lecz przez wzbogacenie i uniezależnienie ekonomiczne. W tej sytuacji tak potężne instytucje jak PTU SA – bogate, a jednocześnie manifestujące polskość nawet w nazwie – najzwyczajniej nie mogły nie cieszyć się popularnością. Do momentu odzyskania niepodległości w listopadzie 1918 r. nic się w tej kwestii nie zmieniło.

 

W kryzysie i konspiracji

 

O tym, jak ważna stała się już w tym momencie kwestia ubezpieczeń, wiele mówi fakt, że Józef Piłsudski wydał dekret w sprawie ich uregulowania już 7 lutego 1919 r. W oparciu o dokument zaczęły mnożyć się niewielkie początkowo firmy jako Polonia, Vita czy Warta, wkrótce też pozaborcze Ubezpieczenia Wzajemne zyskały polską oprawę i od 23 czerwca 1921 r. zaczęły funkcjonować pod nazwą Polska Dyrekcja Ubezpieczeń Wzajemnych.

 

Lata 20. XX wieku w Polsce, podobnie zresztą jak w całej Europie, to okres ostrego kryzysu gospodarczego. Nie omija on również rynku ubezpieczeń. Usługi mniejszych i większych firm wobec galopującej inflacji i nieustającej plagi oszustw tylko w niewielkim stopniu są w stanie rekompensować straty, a i one same co rusz stają na skraju bankructwa. Kolejne rządy usiłują jakoś kontrolować tę sytuację – prowadzone są okresowe kontrole setek wybranych spraw – ale po pierwsze, rządy zmieniają się wówczas jak w kalejdoskopie, a po drugie, spraw są nie setki, lecz miliony.

 

Wreszcie po zamachu majowym w 1926 r., kiedy sytuacja gospodarcza nieco się stabilizuje (choć z samym zamachem nie ma to żadnego związku), prezydent Ignacy Mościcki przekształca Dyrekcję Ubezpieczeń Wzajemnych w Powszechny Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych (27 maja 1927 r.), reorganizując jednocześnie jego strukturę, a także wyraźniej precyzując cele firmy. Ówczesny działacz ubezpieczeniowy Franciszek Zarębski opisywał ją następująco: „Instytucja została z powrotem skierowana do swej zasadniczej funkcji, a więc będącej trzonem jej działalności w ciągu pięciu ćwierćwieczy istnienia – do przymusowego ubezpieczenia budowli od ognia. Powierzono jej również prowadzenie na zasadach wyłączności przymusu ubezpieczenia ruchomości rolnych od ognia, ziemiopłodów od gradobicia i inwentarza żywego od pomoru. Obok tych zasadniczych działów ubezpieczeń, zezwolono Powszechnemu Zakładowi na prowadzenie – na zasadzie umownej – czyli tzw. dobrowolnych działów: ubezpieczeń od ognia przedmiotów, znajdujących się w budowlach podlegających przymusowi ubezpieczenia od ognia. W tej sposób już sam zakres działalności Powszechnego Zakładu ograniczał jego powołanie do roli instytucji opieki społecznej nad mieniem najliczniejszych warstw obywateli”.

 

Ten społeczny charakter PZUW zaznaczył się jeszcze wyraźniej dziesięć lat później, kiedy dyrektorem PZUW został Bronisław Ziemięcki – polityk, ale przede wszystkim działacz społeczny, związany z PPS i rozstrzelany czasie okupacji niemieckiej za działalność konspiracyjną. Po objęciu funkcji dyrektora wyraźnie podkreślał misyjny charakter PZWU. „Liczę całkowicie na to, że nasze wspólne podejście do spraw, którymi Zakład się zajmuje, będzie nie suche i tylko służbowe, ale że będzie to spełnienie pracy społecznej PZUW, że poza przepisami i cyframi, będzie widoczny człowiek, któremu Zakład służy jako instytucja społeczna” – mówił do pracowników w 1936 r.

 

W momencie wybuchu II wojny światowej PZUW prowadził swoją działalność zgodnie z wytycznymi Zimięckiego i w coraz lepszej aurze gospodarczej. Rzecz ciekawa, Zakład nie przerwał jej nawet po 1 września 1939 r.– oprócz Towarzystwa Warta była to jedyna instytucja ubezpieczeniowa, na której istnienie okupant wydał zgodę. Mimo że większość zarządu PZUW ewakuowała się zawczasu, sam Ziemięcki wraz ze swoim zastępcą Marianem Filipkiem pozostali w kraju i dalej kierowali jego działalnością. Ziemięcki, choć miał nad sobą niemieckiego komisarza, od początku wykazywał się niepoprawnym brakiem pokory w stosunku do najeźdźców i – co tu dużo mówić – patriotyzmem. 21 października rozesłał np. pismo okólne do współpracowników. Czytamy w nim: „W pismach do władz niemieckich należy używać języka polskiego z dołączeniem tłumaczenia na niemieckiego. Obwieszczenia dla użytku publicznego winny być redagowane po polsku, a na żądanie władz niemieckich – dołączać należy tłumaczenie niemieckie. Korespondencja wewnętrzna – po polsku”.

 

Powracający po zawierusze września pracownicy są przyjmowani do pracy i otrzymują wsparcie materialne, co w latach powszechnej biedy jest niezwykle ważne – legalna praca chroni ich także przed wywózką na roboty do Niemiec, a często również przed aresztowaniem w łapankach. Nie ma odpowiednich statystyk, ale z przykrywki takiej korzystają często też członkowie konspiracji, a także ludzie nauki i sztuki. Wymownym faktem jest, że liczebność kadry Zakładu z 1700 przed wojną w czasie okupacji wzrosła do 4000… Nawiasem mówiąc, działalność konspiracyjną prowadzi również sam Zakład. Jeden z pracowników centrali PZUW, Henryk Suniewski, opowiadał: „Gdy ucieczki z pracy przymusowej w Rzeszy zaczęły przybierać charakter masowy, władze okupacyjne zorganizowały w centralnym Arbeitsamcie w Warszawie przy ulicy Kredytowej specjalny wydział poszukiwania zbiegów. Biuro to prowadziło kartotekę na podstawie meldunków z niemieckich fabryk i gospodarstw rolnych, kierując poszczególne sprawy do gestapo. Udało się przy pomocy Polaków zatrudnionych w tymże urzędzie zorganizować usuwanie z kartoteki i niszczenie kart osób, które zgłosiły się do PZUW o pomoc. Aby jednakże odciążyć pracowników polskich w Arneitsamcie od tej niebezpiecznej funkcji, nakłoniono do tego – za pomocą przekupstwa – niemiecką sekretarkę szefa centralnego urzędu pracy. Umowa przewidywała honorarium od sztuki”.

 

Ziemęcki myślał także o przyszłości. Pod pozorem wyłączenia strat wojennych z odpowiedzialności ubezpieczeniowej, w styczniu 1940 r. pierwszy zlecił ich oszacowanie, co stanowiło później nieocenioną bazę źródłową. Choć działali legalnie, w realiach okupacji praca ta była iście karkołomna. Jak wspominał Filipek: „Województwo po województwie objeżdżaliśmy cały teren, odwiedzając wszystkie placówki PZUW i wszędzie ustawiając odpowiednio działalność i udzielając niezbędnych instrukcji. Nie były to łatwe wędrówki, gdyż w tym czasie nie było połączeń kolejowych i do szeregu miejscowości trzeba było dochodzić pieszo, a w najlepszym razie furmanką, przestrzegając godzin policyjnych i narażać się na ciągłe rewizje, łapanki… Niejednokrotnie wyrzucano nas z pociągów, skrupulatnie rewidowano, badano, gdzie i po co jedziemy”.

 

I podróże odnosiły jednak swój skutek. W 1943 r. w Wawrze pod Warszawą powstał ośrodek szkoleniowy PZUW dla referentów budowlanych – z wiedzy korzystano w praktyce, pomagając np. w odbudowie wsi zniszczonych przez działania wojenne. Wspominał o tym Stanisław Stanisz z lubelskiego oddziału Zakładu: „Z inicjatywy kierownictwa Zakładu zorganizowana była akcja odbudowy spalonych wsi. Akcja prewencyjna polegała nie tylko na udzielaniu pożyczek długoterminowych , ale na poradzie fachowej, technicznej i organizacyjnej, dostarczaniu maszyn betoniarskich, jak pustaczarki i dachówkarki, które były w naszym posiadaniu. Ale największą wagę dla pogorzelców miała nasza pomoc w przydzielaniu materiałów budowlanych w postaci drewna i cementu”.

 

Ziemęcki nie dożył wybuchu powstania warszawskiego, ale jego pracownicy – owszem. Nie tylko biorą udział w bezpośrednich walkach, ale też związane z nimi drużyny strażackie gaszą wybuchające nieustannie pożary, m.in. Prudentialu.

 

Państwowe czy powszechne

 

Po zakończeniu działań wojennych pracownicy PZUW usiłowali spontanicznie wznowić pracę. W praktycznie nieistniejącej Warszawie nie jest to jednak możliwe, centrala Zakładu powstała zatem w Łodzi. Zapału nie brakowało. Do początku 1946 r. istniały już placówki na nowych terenach włączonych do Polski, m.in. w Opolu, Koszalinie, Legnicy i Olsztynie. Wciąż odtwarzają się dawne ośrodki i powstają nowe.

 

PZUW nigdy nie był firmą prywatną, tym bardziej nie może być nią w państwie komunistycznym. 3 stycznia 1947 r. nowe władze wydają pierwsze oficjalne dekrety regulujące kwestie ubezpieczeniowe. Przyznają one Zakładowi monopol na ubezpieczenia, podczas gdy monopol na działalność reasekuracyjną otrzymuje Warta. Rzecz ciekawa – w centrum zainteresowania Zakładu pozostaje ogień, na który składki są obowiązkowe niezmiennie od czasów Fryderyka Wilhelma. Nic też dziwnego, że oddziały PZUW oprócz działalności statutowej prowadzą działania prewencyjne: fundują sprzęt strażacki, budują przeciwpożarowe zbiorniki wodne…etc. Jego aktywność – jak zresztą wszelka aktywność – jest teraz organicznie sprzężona z polityką państwa. Państwo zaś w 1952 r. przekształca Powszechny Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych w Państwowy Zakład Ubezpieczeń – instytucję pozbawioną już sznytu społecznego, której nadwyżki budżetowe kierowane są nie na tę właśnie działalność, lecz wprost do skarbu państwa. Nie jest zaskakujące, że w tej sytuacji popularność PZU spada wprost proporcjonalnie do liczby nowych, obowiązkowych składek, mających ową nadwyżkę budżetową zapewnić. W nieco bardziej liberalnych czasach Gomułki, w roku 1967 Agnieszka Osiecka śpiewała z ironią: „Ach, ta polisa!/Ach, ta polisa/Z nią możesz ruszać w las na tygrysa/Z nią możesz w paszczę wpadać lwu/Weź ją ze sobą/Weź do PZU”.

 

Do czasu schyłkowej komuny zmienia się niewiele. Są okresy bardziej i mniej liberalne, zamożniejsze i uboższe, ale PZU pozostaje po prostu kolejnym państwowym monopolem przynoszącym korzyści przede wszystkim rządzącym – choć i tu nie należy przesadzać: nawet w najmroczniejszych okresach odszkodowania są jednak ubezpieczonym wypłacane. Prawdziwą rewolucję przynosi dopiero rok 1984, kiedy to po niewypale, jakim ostatecznie dla władz okazał się stan wojenny – z inicjatywy PZU oficjalnie zniosły one monopol Zakładu na ubezpieczenia. Rozrastająca się z czasem konkurencja nie hamuje jednak w żaden sposób działalności samego PZU. Po obradach okrągłego stołu powstają na jego bazie dwie siostrzane spółki: Powszechny Zakład Ubezpieczeń SA i Powszechny Zakład Ubezpieczeń na Życie SA – w 2005 r. połączone w jedną grupę kapitałową.

 

Dzisiaj Grupa PZU zapewnia kompleksową ochronę ubezpieczeniową we wszystkich najważniejszych dziedzinach życia prywatnego, publicznego i gospodarczego. Dzięki rozszerzeniu działalności w sektorze bankowym, a także w zakresie zarządzania aktywami stała się największą instytucją finansową w Europie Środkowo-Wschodniej.

 

Rzecz ciekawa, że na przestrzeni ponad dwóch stuleci ubezpieczeń na terenie Polski i ogromnego rozszerzenia ich oferty o sytuacje w XIX wieku niemożliwe – jak choćby „upadek statku powietrznego” czy „huk ponaddźwiękowy” – podstawowym zdarzeniem losowym podlegającym ubezpieczeniu pozostaje pożar.