FacebookFacebookSzukaj

Partnerzy serwisu

Partnerzy serwisu

fot. ONS

Dawne czasy

Piotr Wysocki. Dramat bohatera

Piotr Wysocki – słysząc to nazwisko, oczami wyobraźni widzimy młodego oficera wojsk Królestwa Polskiego Prowadzącego w ponury listopadowy wieczór kadetów szkoły podchorążych opustoszałymi ulicami Warszawy na ich pierwszy bój, który stał się zarazem początkiem insurekcji

Andrzej Wroński

To prawda, postać Wysockiego praktycznie zrosła się z dziejami powstania listopadowego, a właściwie jednego dnia tego powstania, czyli 29 listopada.

 

Nie był to jednak najbardziej niezwykły i traumatyczny dzień życia oficera. Te dni, o wiele mniej znane, a o wiele bardziej tragiczne, miały dopiero nadejść. Prześledźmy pokrótce dzieje tej niezwykłej, pomimo wszystkich słabości, postaci, która niestety została trochę bezrefleksyjnie zaszufladkowana w panteonie narodowej pamięci.

 

Brzemię historii

 

Był z pewnością osobą nieprzeciętną. Patrzył w przeszłość i ta retrospekcja nie pozwalała mu zaakceptować sytuacji, że żyje w kraju de facto zniewolonym. W jednym z listów do Janiny Karskiej pisał: „Wtenczas to, opuszczając mury Warszawy, przebywszy grzebień Wisły, znalazłem się pośród cieni niewinnych ofiar Pragi, wołając o zemstę. Tak, o zemstę na oprawców, którzy na oczach matek rozrywali na poły dzieci, wyrywali piersi, a na domiar wydobywali z łona niedojrzały płód ludzki”.

 

Aż do wybuchu listopadowej insurekcji nazwisko Wysockiego, głównego twórcy spisku już od schyłku 1828 r., nie było szerzej znane. Pamiętajmy, że konspiratorzy byli nieliczną grupą, całkowicie oderwaną od pogrążonego w głębokim marazmie społeczeństwa Królestwa. W gronie spiskowców Wysocki należał na pewno do najbardziej umiarkowanych. Uważał, że przyszłe powstanie nie powinno palić za sobą wszystkich mostów, dlatego np. sprzeciwiał się pomysłom zabicia wielkiego księcia Konstantego. Nie to było jednak wówczas jego główną winą, najgorszy był brak zdecydowania i ciągłe przekładanie terminu powstania.

 

Noc przełomu

 

Nadszedł wieczór 29 listopada. Jego dramat jest trudny do wyobrażenia: fatalnie przygotowany sygnał do rozpoczęcia insurekcji, powszechny bałagan, brak wyraźnego ośrodka dowodzenia. W tym chaosie rozgrywał się również osobisty dramat Wysockiego i jego podchorążych. Ich droga z Łazienek do Arsenału, rozpaczliwa walka w lasku ujazdowskim, poczucie, że wystąpili sami, stuk zamykanych okiennic na opustoszałym Nowym Świecie, śmierć polskich generałów, którzy nie chcieli iść z nimi, to było zbyt wiele, jak na młodego oficera. Młodego, ponieważ miał dopiero 33 lata, ale przez swoich znacznie młodszych podwładnych traktowany był jak ojciec, któremu ślepo ufali, chociaż też tylko do pewnego momentu.Wezwanie do walki i determinacja, z jaką prowadził podchorążych pod Arsenał, to właściwie jedyny plus Wysockiego w tym pierwszym dniu zrywu. Później, po zdobyciu Arsenału, kiedy ważyły się losy powstania, po prostu zniknął…

 

Bohater, ale nie przywódca

 

Wysockiego zabrakło w bardzo trudnym momencie, kiedy ¾ polskiego garnizonu w Warszawie biernie czekało na rozwój wydarzeń, a Rosjanie przystępowali (na szczęście bez zbytniego zapału) do kontrataku. Wiele już razy krytykowano Wysockiego za to, że nie sięgnął wówczas po władzę. Wydaje się jednak, że mentalnie nie był absolutnie do tego przygotowany, a rola, jaką miał odegrać 29 listopada, całkowicie go przerosła. Maurycy Mochnacki w swoim monumentalnym dziele „Powstanie narodu polskiego w roku 1830 i 1831” pisał, że w jego działaniu widział „słabość, nie bezinteresowność”. Uznając wiele słów krytyki wobec Wysockiego za słuszne, trzeba jednak pamiętać, iż być może, gdyby nie on, powstanie w ogóle by się nie rozpoczęło.

 

Pierwsze dni insurekcji przyniosły Wysockiemu przeżycia jeszcze bardziej dramatyczne. 4 grudnia los znowu dał mu szansę odegrania pierwszoplanowej roli. Maurycy Mochnacki, często określany jako polski Robespierre powstania, podjął desperacką próbę odsunięcia od władzy układającej się z Konstantym Rady Administracyjnej i Józefa Chłopickiego. W tym celu, pod nieobecność Wysockiego, poderwał Szkołę Podchorążych i ruszył z nią na siedzibę władz, czyli gmach Banku Polskiego. Charyzma Mochnackiego i zawód podchorążych ugodową polityką Rady Administracyjnej spowodowały, że Szkoła chętnie podjęła wezwanie. Wówczas na ul. Orlej na ich drodze stanął Wysocki. Dramat tej sceny był niezwykły – nie mogąc przekonać swoich podopiecznych argumentami, ich ciągle jeszcze ukochany oficer padł przed nimi na kolana i błagał, żeby zawrócili. Rzucił na szalę cały swój autorytet, honor i dumę. Ten dzień, kiedy klęczał na zabłoconym bruku i zaklinał podchorążych, że dalej pójdą tylko po jego trupie, zapamiętał na pewno do końca życia. Wielu go później za to potępiło, Mochnacki nazwał go zdrajcą.

 

Czy jednak stać było wtedy powstańców na tę swoistą rewolucję w rewolucji? Być może udałoby się odsunąć od władzy Chłopickiego oraz niewierzących w zwycięstwo generałów i polityków. Problem w tym, że nie bardzo było ich kim zastąpić. Młodzi oficerowie żyli w cieniu „autorytetów” – dawnych napoleończyków. Wysocki był typowym przedstawicielem swojego pokolenia, ludzi owianych duchem romantyzmu, pełnych zapału i gotowych na poświęcenie. Obcy był im jednak gen krwawej rewolucji, wojny domowej i fizycznej zmiany pokoleniowej.

 

Przez całe powstanie młody oficer sumiennie wypełniał rozkazy i służył, jak mógł, temu, co kochał, czyli swojemu krajowi, lecz przez cały czas konsekwentnie trzymał się z dala od polityki. We wrześniu 1831 r., wówczas już jako podpułkownik, został skierowany na czele 10. pułku piechoty do obrony Woli. Ta kilkudniowa walka o Warszawę nie miała już nic z entuzjazmu pierwszych miesięcy zrywu i niewiele z heroizmu, którego próbował przydać jej nasz wieszcz, a jednocześnie bierny obserwator powstania Adam Mickiewicz. Zmęczony, zniechęcony, przerażony widmem klęski polski żołnierz nie był już zdolny do twardego oporu. Na tym tle postawa Wysockiego, który z uporem zagrzewał do walki swoich podwładnych i nie szczędził siebie, była dość wyjątkowa. Ciężka rana zakończyła powstańczy rozdział jego życia, a zaczęła najdłuższy, który nosił miano: niewola.

 

Zemsta cara

 

Pojmanie Piotra Wysockiego, który dla Rosjan stanowił symbol polskiego buntu, było niewątpliwie olbrzymim atutem dla carskiej propagandy. Błyskawiczny proces w Bobrujsku i spodziewany wyrok dla głównego zbrodniarza – kara śmierci. Po kilku dniach wyrok ten zostaje anulowany przez… Mikołaja I. Akt łaski? Absolutnie nie, to raczej początek zabawy z ikoną polskiej insurekcji. Niewątpliwie Rosjanie przeceniali udział Wysockiego w rozpoczęciu powstania i przypisali mu rolę, której nigdy nie odegrał. Niemniej, te dni rozpoczęły etap w jego życiu, który faktycznie zasługuje na najwyższy szacunek. Jako urodzony w Królestwie Polskim stanął w grudniu 1831 r. przed Najwyższym Sądem Kryminalnym Królestwa Polskiego. Gehenna procesu, nieustające przesłuchania, zastraszania, ciągłe namawianie do denuncjacji innych… Wysocki opierał się skutecznie wszelkim groźbom i pułapkom śledczych, całą winę brał na siebie, winę za powstanie, za śmierć generałów w listopadową noc, za zamach na wielkiego księcia Konstantego, za danie rodakom „jutrzenki nadziei”. Wyrok zapadł 29 listopada 1833 r. Paradoks historii? Przypadek? Nie, raczej wyrafinowana zemsta za zryw. Po uprawomocnieniu wyroku w lutym 1834 r. Wysocki otrzymał propozycję – wydawało się, nie do odrzucenia – miał błagać cara o łaskę. Dumnie jej nie przyjął. Świadomie wybrał karę śmierci. Decyzja Mikołaja I zamieniająca ostatecznie tę karę na 20 lat katorgi stanowiła dla Polaka zaskoczenie. Niewątpliwie nie można traktować jej jako aktu łaski. To raczej typowa socjotechnika i przekonanie, że śmierć byłaby karą zbyt lekką.

 

Dojrzała wielkość charakteru

 

Karę Wysocki miał odbyć w kraju zabajkalskim. W 1835 r. trafił do Irkucka, a następnie do wsi Aleksandrowsk. Prawie od pierwszych chwil pobytu w docelowym miejscu zesłania zaczął planować ucieczkę. W 1836 r. namówił do niej kilku towarzyszy niedoli. Plan całkowicie szaleńczy – zesłańcy, przez Syberię, Góry Ałtaju i Turkiestan, mieli przedrzeć się do Indii, a stamtąd drogą morską dotrzeć do zachodniej Europy. Wraz z sześcioma towarzyszami (wśród których był niestety carski szpicel) próbował jednak zrealizować ten desperacki plan. Zdradzony, wpadł w ręce Rosjan już nad brzegiem Angary.

 

Został ponownie poddany wielomiesięcznemu, pełnemu upokorzeń śledztwu. Myślał o karze śmierci jak o wybawieniu. Jego marzenie spełniło się tylko częściowo i to w okrutnej formie: wyrok przedłużył mu karę katorgi o trzy lata i skazał go na tysiąc kijów, czyli de facto śmierć przez zmasakrowanie i zatłuczenie. Wyrok ten nie był czymś wyjątkowym w prawodawstwie rosyjskim. Sam skazany słyszał już o takich egzekucjach, kiedy przy znacznie mniejszej liczbie razów ciało więźnia odpadało od kości, a ten konał w męczarniach. Pogodzony z potwornym końcem życia, stanął przed swoimi katami, a następnie przeszedł przez szpaler żołnierzy, otrzymując skrupulatnie odliczone tysiąc kijów. Nie miał prawa przeżyć… A jednak, chociaż wiele ran i urazów pozostało już z nim na zawsze, przetrwał kaźń. Trudno powiedzieć, co było tego przyczyną – niezwykła, nieludzka wręcz siła organizmu czy może jego mężna postawa i heroiczna przeszłość powstrzymywały moskiewskich żołdaków od zadawania zbyt silnych ciosów?

 

„Wszystko dla ojczyzny, nic dla mnie”

 

Spójrzmy teraz, jak niezwykłą metamorfozę przeszedł nasz bohater w ciągu tych siedmiu lat. Porównajmy: Wysocki doby powstania, pełny poświęcenia, lecz jednocześnie całkowicie niewierzący w siebie, pozbawiony charyzmy, ukrywający się w decydującym momencie listopadowej nocy, klękający w błagalnym geście przed swoimi podwładnymi, i Wysocki po siedmiu latach przesłuchań, więzienia, katorgi, upokorzeń – pełen dumy, wierny zasadom, człowiek, którego już nie można złamać. Tę niezwykłą wielkość charakteru osiągnął, rzucony tysiące kilometrów od rodzinnych stron, skatowany i udręczony. Na kartach historii pozostał jako symbol listopadowej insurekcji, ale – podkreślam – był faktycznie tylko symbolem. Wysocki obdarzony twardością charakteru, wiernością imponderabiliom, to ten prawie nieznany, który swoim „drugim życiem” zasłużył na miejsce w panteonie narodowych bohaterów. Jak pisał Leonard Rettel: „Wszędzie i we wszystkim, mimo najstraszniejszych prób życia, widzimy to samo wielkie serce”.

 

Po kilku miesiącach pobytu w szpitalu Wysocki trafił do kopalni w miejscowości Akatuja, gdzie dwa lata pracował w nieludzkich warunkach przykuty do taczek. Wreszcie w 1840 r. przerwano mu karę katorgi i pozwolono osiedlić się w tym – jak mówili sami zesłańcy – zapomnianym przez Boga i ludzi zakątku Syberii. Następnie został przeniesiony do Czyty, a w roku 1857 pozwolono mu na powrót do kraju.

 

Osiadł w rodzinnej Warce, wiódł samotne, niemal pustelnicze życie, dość obojętnie przyjął w 1863 r. wiadomość o wybuchu powstania styczniowego. Sam był już chyba w innym wymiarze. Zmarł w 1875 r., dobiegając już osiemdziesiątki. Na skromnym grobie Piotra Wysockiego w Warce widnieje inskrypcja: „Wszystko dla Ojczyzny, nic dla mnie”.

Uznając wiele słów krytyki wobec Wysockiego za słuszne, trzeba jednak pamiętać, iż być może, gdyby nie on, powstanie w ogóle by się nie rozpoczęło
Na skromnym grobie Piotra Wysockiego w Warce widnieje inskrypcja: „Wszystko dla Ojczyzny, nic dla mnie”

Powiązane artykuły