FacebookFacebookSzukaj

Partnerzy serwisu

Partnerzy serwisu

fot. NAC (kadr z filmu przedstawiający szturm gmachu Poczty Gdanskiej)

II wojna światowa

Obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku

Pani Henryka Flisykowska nie pamięta swojego ojca. O dramacie, który przeżywali jej rodzice, dowiedziała się od mamy wiele lat później

Jerzy Dąbrowski

W marcu 1939 r., kiedy miała trzy lata, ojciec wysłał ją razem z mamą i bratem Andrzejem do nowego domu, który kupił na Kaszubach. W ich służbowym, gdańskim mieszkaniu, mieszczącym się w budynku Poczty Polskiej, zainstalował się ppor. Konrad Guderski. Został on przysłany do Gdańska przez sztab Wojska Polskiego, aby zająć się szkoleniem pocztowców i przygotowaniem tej polskiej placówki na wypadek wojny.

 

Już od jakiegoś czasu w samochodach pocztowych pod workami z listami przewożono po kilka sztuk broni. Niemcy podejrzewali Polaków o gromadzenie broni, ale dyrektor poczty Jan Michon nie pozwalał na kontrolę budynku, ponieważ placówka ta w Wolnym Mieście Gdańsku miała status eksterytorialny.

 

Teoria i praktyka

 

Wolne Miasto Gdańsk znajdowało się pod nadzorem Ligi Narodów. W jego statucie postanowiono, że odradzająca się Polska może bez skrepowania korzystać z portu gdańskiego, utrzymywać tam własną pocztę oraz linie kolejowe przechodzące przez to miasto-państwo. W praktyce wyglądało to jednak inaczej. Polacy w Gdańsku stanowili tylko 10 proc. z 400 tys. mieszkańców. Szczególnie w latach 30., kiedy władzę w mieście przejęli narodowi socjaliści, Niemcy nasilili szykany wobec polskich obywateli i polskich instytucji. Zamalowywali polskie godło na skrzynkach pocztowych, bili polskich listonoszy.

 

Mama pani Henryki, rodowita warszawianka, dostała pracę na poczcie w Gdańsku dzięki celującym ocenom na kursach dla telegrafistek (tzw. juzistek) w Zegrzu. W Gdańsku mogła zarobić dwa razy więcej niż w innych regionach Polski. Bardzo się starała, aby pomagać finansowo swojemu licznemu rodzeństwu osieroconemu właśnie przez matkę. Ojciec pani Henryki, Kaszub, został wyrzucony z gimnazjum w Kościerzynie za przynależność do polskiej organizacji „Sokół”. Był uczestnikiem wojny z bolszewikami w 1920 r., a potem ukończył kurs konserwatorów aparatów telegraficznych. Tak się poznali w gdańskiej placówce poczty. Pobrali się w 1936 r. Jednak ich szczęście nie trwało długo.

 

Atak na pocztę

 

1 września o godz. 4.45, równocześnie z rozpoczęciem ostrzału Westerplatte przez pancernik Schlezwig-Holstein, Niemcy rozpoczęli atak na budynek Poczty Polskiej w Gdańsku. Ponad 180 policjantów i esesmanów, wspomaganych przez 3 wozy pancerne i 3 działa, zaatakowało budynek, w którym broniło się 55 pocztowców uzbrojonych w 3 rkmy, 40 pistoletów i karabinów oraz kilka granatów.

 

Według założeń Sztabu Głównego Wojska Polskiego pocztowcy mieli się bronić najwyżej 6 godzin. Z pomocą miała im przyjść Armia Pomorze, która w rzeczywistości do Gdańska nigdy nie dotarła. Podczas szturmu śmierć poniósł Konrad Guderski. Dowództwo po nim przejął ojciec pani Henryki, Alfons Flisykowski. Niemcy kilkakrotnie próbowali się przebić, bez powodzenia, przez ścianę sąsiedniego budynku Krajowego Urzędu Pracy. Jednocześnie motopompy niemieckie pompowały do piwnic budynku benzynę, którą atakujący podpalali miotaczami płomieni. W rezultacie 5 obrońców spłonęło żywcem, a wychowanka dozorcy budynku, 10-letnia Erwina Barzychowska, została ciężko poparzona. Dziewczynka zmarła w męczarniach 7 tygodni później. Poczta broniła się przez 14 godzin. Obrońcy nie wytrzymali dopiero ostrzału sprowadzonej specjalnie haubicy.

 

W czasie walk zginęło 6 pocztowców. Poddającego się i wychodzącego z białą flagą dyrektora Jana Michonia i naczelnika poczty Józefa Wasika zastrzelili esesmani. Pozostałych pocztowców wywieźli w nieznanym kierunku. Mama pani Henryki nie wiedziała, co stało się z jej mężem i 37 innymi pracownikami poczty aresztowanymi tego dnia.

 

Sygnet po ojcu

 

Dopiero w 1947 r. przyjaciel męża, westerplatczyk, opowiedział jej, co się wtedy wydarzyło. Pana Flisykowskiego spotkał w więzieniu na Biskupiej Górce, gdzie trafił po poddaniu Westerplatte przez mjr. Sucharskiego. Według hitlerowskiego prawa pocztowców nie obejmowała konwencja genewska. Byli sądzeni jak pospolici bandyci. Zostali skazani na karę śmierci. Flisykowski wiedząc, że nie przeżyje, dał przyjacielowi swój sygnet, prosząc, aby go przekazał żonie. Obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku zostali rozstrzelani 5 października 1939 r. na strzelnicy wojskowej na Zaspie.

 

Kiedy w 1961 r. brat pani Henryki Andrzej się żenił, mama dala sygnet ojca synowi, aby przetopił go na dwie obrączki... Dzisiaj pani Henryka żałuje tamtej decyzji, ale wtedy brakowało pieniędzy na życie, nie mówiąc już o kupnie obrączek.

 

Wreszcie godny pogrzeb

 

Po wojnie kilkakrotne poszukiwania szczątków zamordowanych pocztowców nie przyniosły rezultatów. W czasie wojny, w związku z budową lotniska, miejsce, w którym pochowano ciała, przykryła dodatkowa warstwa ziemi. Dopiero 28 czerwca 1991 r. kości pracowników poczty przypadkowo odkrył operator koparki wybierającej ziemię pod przyszłe garaże.

 

Szczątki Flisykowskiego i jego towarzyszy, po charakterystycznych znaczkach, jakie nosili na mundurach listonosze, zidentyfikował jedyny żyjący w tym czasie pracownik przedwojennej poczty, 90-letni wówczas Stanisław Tysarczyk. Stojąc nad otwartym grobem, powiedział: „Witajcie koledzy. Niewiele brakowało, a byłbym tu z Wami”.

 

Uroczysty pogrzeb pocztowców odbył się 4 kwietnia 1992 r. na cmentarzu Ofiar II Wojny Światowej w Gdańsku. Pani Henryka do dziś wspomina ogromną pomoc i wsparcie, jakie rodziny pocztowców otrzymały od ks. Henryka Jankowskiego i Bogdana Radysa. Sławny kapelan „Solidarności” poruszył niebo i ziemię, aby hitlerowskie ofiary miały godny pogrzeb.

 

Trumny stały dwa dni w kościele św. Brygidy. Według kaszubskiego zwyczaju im bardziej zacny nieboszczyk, tym dłużej powinien przebywać w kościele. Ks. Jankowski wpłynął również na ówczesne władze, aby pomordowanym pocztowcom przyznać Krzyże Walecznych. Przy okazji rodziny ofiar dowiedziały się, że w latach 70. ub.w. Rząd Londyński na uchodźstwie przyznał im ordery Virtuti Militari.

 

Kawalkada samochodów z trumnami na lawetach jechała powoli na cmentarz, zatrzymując zdumionych przechodniów. Nikt w mieście nie wiedział, czyj jest to pogrzeb, bo wszystkie media milczały w imię poprawności politycznej. Władze nie chciały psuć przyjaznej atmosfery, jaka panowała po niedawnej wizycie prezydenta Wałęsy u kanclerza Kohla...

 

Niemiecka rehabilitacja

 

Na wzór Koła Rodzin Katyńskich rodziny pocztowców zawiązały Koło Rodzin Pracowników Pocztowych. W 1991 r. zgłosił się do nich niemiecki dziennikarz Dieter Shenk. Prosił rodziny o wywiady. Chciał napisać książkę na temat mordu pocztowców. Początkowo nikt nie chciał z nim rozmawiać, ale z czasem się do niego przekonano, uznając za bardzo sympatycznego i dobrego człowieka, jak wspomina pani Henryka. To on namówił rodziny do złożenia wniosku o rewizje procesu do niemieckiego sądu w Lubece. Wszyscy rozstrzelani pocztowcy zostali zrehabilitowani w ciągu dwóch lat.

 

Jako zadośćuczynienie za wyrządzone przez Niemców krzywdy rodzinom rozstrzelanych przyznano jednorazowo po 5 tys. marek. Pani Henryka, a też i kilka innych osób, nie chciała przyjąć tych pieniędzy. Czuła się upokorzona sumą, na jaką niemiecki sad wycenił zamordowanie ojca, lata poniewierki i strachu oraz jej zmarnowane dzieciństwo. W końcu przyjęła te pieniądze ze względu na inne rodziny pocztowców, którym nawet najmniejsze środki pomagały łatać dziury w rodzinnym budżecie.

 


 

Wolne Miasto Gdańsk znajdowało się pod nadzorem Ligi Narodów. W jego statucie postanowiono, że Polska może korzystać z portu gdańskiego, utrzymywać tam własną pocztę oraz linie kolejowe
1 września o godz. 4.45, równocześnie z rozpoczęciem ostrzału Westerplatte przez pancernik Schlezwig-Holstein, Niemcy rozpoczęli atak na budynek Poczty Polskiej w Gdańsku

Powiązane artykuły