FacebookFacebookSzukaj

Partnerzy serwisu

Partnerzy serwisu

fot. Biblioteka Narodowa

Dawne czasy

Nieprzejednany

Marian Langiewicz już za życia stał się legendą zrywu roku 1863. Heroizm jego oddziałów stał się natchnieniem dla walczących w pozostałej części kraju

Artur Jagnieża

Powiew odrodzenia narodowego, jaki płynął z Warszawy, dość szybko dotarł do województwa sandomierskiego. 29 listopada 1860 r. w kościele Bernardynów w Radomiu odbyła się pierwsza msza patriotyczna. Podobne nabożeństwa odprawiono w Kielcach oraz Jędrzejowie. Prawie rok później, 14 września 1861 r., w uroczystościach odpustowych z okazji Podwyższenia Krzyża Świętego na Świętym Krzyżu wzięło udział niemal 30 tys. ludzi, w tym 300 duchownych. Odpust był optymalnym miejscem spotkania dla lokalnych działaczy niepodległościowych oraz okazją do ustalenia planów. Rok później, w październiku 1862 r., w Radomiu utworzono struktury państwa podziemnego dla woj. sandomierskiego. Istotnym wzmocnieniem konspiracji było przyłączenie się do niej duchowieństwa, co nastąpiło 29 października 1862 r. na zjeździe w Świętomarzu. Od tego momentu rozpoczęto rozbudowę struktur podziemia w terenie.

 

 

Plan kontra realia

 

Organizacja spiskowa w woj. sandomierskim była jak na warunki przełomu 1862/1863 względnie silna. Spiskowcy mieli struktury cywilne, m.in. w Bodzentynie, Klimontowie, Szydłowcu czy Zawichoście. Mimo to decyzja o wybuchu powstania już w styczniu była dla podziemia zaskoczeniem, bo organizacja licząca w skali województwa prawie 2,5 tys. osób była nieprzygotowana do podjęcia działań, a co najważniejsze – pozbawiona broni, nie licząc ok. 200 sztuk tej myśliwskiej i kos.

 

Rząd powstańczy zakładał ważną rolę strategiczną dla woj. sandomierskiego. W oparciu o Galicję planowano zbudowanie podstawy operacyjnej do działań insurekcyjnych, które pozwoliłyby na przeniesienie walk do centrum kraju dzięki pomocy z zagranicy, szczególnie w zakresie doposażenia w broń. Z tego względu na tak istotny teren skierowano mającego doświadczenie wojskowe Mariana Langiewicza, człowieka odpowiednio uformowanego w domu rodzinnym, którego ojciec poległ w powstaniu listopadowym. Nowy naczelnik woj. sandomierskiego studiował we Wrocławiu, w Pradze i Berlinie, pełnił służbę w armii pruskiej, brał udział w wyprawie neapolitańskiej Garibaldiego oraz prowadził wykłady w szkole wojskowej w Genui.

 

Początek działań Langiewicza stał pod znakiem wymuszonej improwizacji. Sandomierski naczelnik dopiero 9 stycznia 1863 r. pojawił się w Warszawie, gdzie – jak można domniemywać – otrzymał nominację od Zygmunta Padlewskiego. Kilka dni później, 13 stycznia, był już w Radomiu. W następnych dniach zdążył zwizytować Iłżę, Kielce oraz Suchedniów. Niestety nie osiągnął porozumienia o współpracy z naczelnikiem woj. krakowskiego Apolinarym Kurowskim, który będąc oddanym sprawie narodowej, okazał się wojskowym ignorantem o rozbudzonym ego. Co istotne natomiast, Langiewicz od początku był wspierany przez naczelnika organizacji cywilnej województwa, ks. Kacpra Kotkowskiego. Wizytacja pozwoliła naczelnikowi ocenić możliwości podległych mu sił. Trzeba wiedzieć, że naprzeciw organizacji spiskowej w obszarze województwa stały rosyjskie wojska liczące prawie 12 tys. żołnierzy, wspieranych przez cztery baterie artylerii. Siły te były rozmieszczone w 20 garnizonach, z których dwa największe, tj. Kielce i Radom, miały dla kontroli regionu znaczenie fundamentalne.

 

Znając swoje ograniczenia, strona powstańcza postanowiła uderzyć na małe garnizony, licząc na zaskoczenie Rosjan. Powstanie w woj. sandomierskim zaczęło się już w południe 22 stycznia, kiedy partia pod dowództwem Aleksandra i Jana Dawidowiczów napadła na kasę górniczą w Suchedniowie, zabierając 30 tys. rubli. W nocy 23 stycznia 1863 r. zaatakowano z powodzeniem garnizony rosyjskie w Bodzentynie oraz Jedlnej. Najważniejszy atak poprowadził Marian Langiewicz na Szydłowiec, ale odniósł połowiczny sukces, gdyż po nagłym uderzeniu przegonił garnizon rosyjski z miasta, aby nad ranem dać się zaskoczyć i wypchnąć z Szydłowca w wyniku kontrataku rosyjskiego. Chrzest wojenny można więc było uznać za remis.

 

Mimo to partia Langiewicza okrzepła, kierując się do Wąchocka, gdzie kontynuowano działania mające na celu propagowanie idei insurekcji wśród mieszkańców województwa; rozpoczęto budowę uporządkowanych struktur, wykuwano kosy dla nieuzbrojonej piechoty oraz sklecono baterię artylerii złożoną z pięciu armat. W tej materii nasz dowódca miał okazję współpracować z jednym z najlepszych wodzów pierwszego okresu walk, jakim był twardy partyzant Dionizy Czachowski. Stronie powstańczej sprzyjało też to, że Rosjanie w obawie przed kolejnymi atakami na małe garnizony opuścili je, dając spiskowcom niezbędną przestrzeń.

 

Trudne rozgrywki

 

Spokój nie trwał jednak długo, bo Warszawa żądała od lokalnych dowódców rosyjskich dowodzących garnizonami w Radomiu i Kielcach szybkiego rozbicia wojsk powstańczych. Z tego względu batalion Czachowskiego stoczył już 1 lutego 1863 r. batalię pod miejscowością Błota, a dzień później pod Bzinem. Także 2 lutego doszło do starcia pod Suchedniowem, w którego wyniku miasteczko zostało w dużej części spalone. Bitwa pod Wąchockiem 3 lutego 1863 r. to z kolei jedna z tych walk polsko-rosyjskich, przez które obydwie strony nie osiągnęły założonych celów. Rosjanie mocno nadwyrężyli batalion kosynierów, ale dzięki skutecznemu oporowi batalionu Czachowskiego oraz podjętemu z wyprzedzeniem przez Langiewicza odwrotowi powstańcy nie zostali rozbici.

 

Porażka pod Wąchockiem odbiła się negatywnie na innych działaniach w województwie. Strona polska w starciach, m.in. pod Opocznem i Słupczą, została pokonana. Jedynie Antoni Jeziorański przepędził kolumnę rosyjską pod Studzianną.

 

Mimo przeciwności działania korpusu Langiewicza w oczach polskiej opinii publicznej jawiły się jako skuteczne również z tego względu, że w innych częściach kraju partie powstańcze ponosiły porażki. Obraz przerysowanych sukcesów naczelnika woj. sandomierskiego był na tyle pozytywny, że wobec niepowodzenia opanowania Płocka to właśnie w jego obozie 4 lutego 1863 r. pojawili się przedstawiciele Rządu Narodowego. Ale też trudno odmówić Langiewiczowi żołnierskiego szczęścia, skoro mimo trudnych warunków trwał wspierany przez cywilne zaplecze państwa podziemnego w województwie.

 

Po porażce pod Wąchockiem Langiewicz skierował się do Łysogór, gdzie założył obóz przy klasztorze benedyktyńskim na Świętym Krzyżu. Tu 12 lutego 1863 r. stoczył bitwę. Wyrywając się z matni i ponosząc straty, stoczył kolejny, tym razem zwycięski, bój z carskim wojskiem pod Staszowem. Pozwoliło mu to udać się w kierunku Włoszczowy z planem połączenia się z partią naczelnika rawskiego, płk. Jeziorańskiego. Samo połączenie obu partii było zjawiskiem pozytywnym. Problemem okazały się kwestie ambicjonalne, bo Jeziorański niechętnie się podporządkował naczelnikowi woj. sandomierskiego, a ostatecznie o podporządkowaniu przeważyła nominacja Langiewicza przez Rząd Narodowy na stopień generała. Odzyskując swobodę, Langiewicz znów odbudował swoje oddziały.

 

Marsz na spotkanie z partią Jeziorańskiego spowodował, że Langiewicz opuścił woj. sandomierskie, przenosząc się na obszar woj. krakowskiego, gdzie 24 lutego 1863 r. stoczył jedną z największych i najkrwawszych batalii powstania: pod Małogoszczą. Walkę narzuciła strona rosyjska, zaskakując Polaków atakiem z trzech stron. Bitwa w obliczu rysującego się zagrożenia okrążeniem skończyła się porażką Polaków. W zmaganiach wyróżnił się Dionizy Czachowski, który osłaniał odwrót wojsk Langiewicza w oparciu o linię bagnistej rzeczki. Przegraną dopełniła utrata taboru 26 lutego 1863 r. Mimo to Rosjanie znowu nie osiągnęli swojego celu, jakim było zniszczenie zgrupowania polskiego.

 

Wykonując tym razem wymuszony odwrót, nasz bohater ruszył w kierunki Pieskowej Skały, gdzie 4 marca 1863 r. stoczył kolejną, tym razem nierozstrzygniętą, bitwę z kolumnami rosyjskimi. Kontynuując odwrót 5 marca, rozegrał też ciężką, ale zwycięską, batalię pod Skałą. W walce tej Langiewicz razem z Jeziorańskim prowadził atak żołnierzy, biegnąc prawie 1,2 tys. m pod ostrzałem rosyjskich kul.

 

Z powodu zaciskającej się pętli wojsko dowódcy ruszyło w kierunku Goszczy w celu założenia nowego obozu, który na bazie zasobów Galicji miał zgromadzić siły do dalszych walk. Nowy dyktator zebrał pod dowództwem oddział żuawów śmierci, batalion Czachowskiego oraz kosynierów.

 

Pułapka polityki

 

W sposób niezamierzony właśnie w obozie w Goszczy rozpoczął się początek końca powstańczej epopei Langiewicza, a jego istotną przyczyną stała się polityka. W tym czasie przedstawiciele obozu białych, planując przystąpienie do zrywu, uzależniali swoją decyzję od uzyskania realnego wpływu na bieg wydarzeń, żądając odsunięcia przedstawicieli obozu czerwonych od władzy. W tak zarysowanym gambicie postanowiono wykorzystać popularną osobę Langiewicza, któremu planowano powierzyć dyktaturę. Projekt ten był iście makiaweliczny, gdyż władze podziemne w stolicy, nie chcąc narazić autorytetu Rządu Narodowego, nie miały możliwości przeciwdziałać całej intrydze. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała insurekcja w tym czasie, był wybuch bratobójczej wojny o władzę.

 

Langiewicz, nie mając doświadczenia politycznego ani realnego poparcia politycznego, nieroztropnie przyjął propozycję dyktatury, kierując się chyba przede wszystkim troską o sprawę narodową. Z uwagi na własne położenie wojskowe nie miał w praktyce żadnych szans na realne sprawowanie dyktatury, a do tego od początku stał się narzędziem w ręku intrygantów z obozu białych. Istotne jest i to, że ogłoszenie dyktatury Langiewicza nie mogło ujść uwadze strony rosyjskiej, która za priorytet w takiej sytuacji uznała zniszczenie jego wojsk.

 

Zmuszony opuścić obóz w Goszczy skierował się do Sosnówki, potem do Marchocic i Antolki, gdzie chciał z zaskoczenia zaatakować ścigających go Rosjan. Ponieważ plan się nie powiódł, ruszył dalej i skierował swe wojsko do majątku Aleksandra Wielopolskiego w Chrobrzu, gdzie postanowił uzupełnić braki żywnościowe partii. Niestety nie było mu dane odpocząć, bo Rosjanie konsekwentnie realizowali plan zniszczenia jego wojsk. Wymuszony 17 marca 1863 r. odwrót z Chrobrza osłaniali niezawodni żuawi śmierci Rochebrune’a oraz batalion kosynierów. Żuawi dokonali niemożliwego i mimo ataku carskiej kawalerii powstrzymali rosyjski atak, a następnie odrzucili Rosjan. Bitwa zakończyła się polskim sukcesem, gdyż korpus Langiewicza znowu wymknął się z matni, kierując się w stronę Grochowisk, gdzie dyktator zamierzał wzmocnić swoje oddziały i przede wszystkim dać im odpocząć. Nadzieję na poprawę sytuacji przyniosło dołączenie do sił niezmordowanego pułku Czachowskiego.

 

Ścigając oddziały carskie, Langiewicz stoczył 18 marca 1863 r. krwawą bitwę pod Grochowiskami. Powstańcy okrążeni wokół przeprawy na grobli, w obliczu intensywnego ostrzału artyleryjskiego, karabinowego i ataku rosyjskiego z kilku stron lasu, zostali pobici. Z kolei żuawi Rochebrune’a zmusili do odwrotu rosyjskich dragonów. Z tego powodu w całym kompleksie leśnym powstało wymieszanie oddziałów i batalia przeistoczyła się w serię pojedynków. W międzyczasie doszło do starcia idącego w stronę bitwy pułku Czachowskiego z przeczesującymi las oddziałami carskimi. Efektem było odłączenie się od dyktatora pułku Czachowskiego, co w następnych tygodniach zapewniło możliwość walk w woj. sandomierskim.

 

Smutny finał

 

Sam Langiewicz po uporządkowaniu pozostałych oddziałów i przekazaniu dowództwa postanowił opuścić swoje wojska, aby poprzez granicę galicyjską udać się do Krakowa w celu rozpoczęcia sprawowania realnej władzy dyktatorskiej w skali kraju. Pomysł ten, może i słuszny politycznie, został odebrany jak najgorzej przez odziały, które poczuły się opuszczone przez naczelnego dowódcę. Jakby tego było mało, rozpoznany dyktator tuż po przekroczeniu granicy został zatrzymany przez austriacką policję i uwięziony. W tym momencie jego los dopełnił się i tak zakończyła się epopeja człowieka, którego czyn zbrojny w pierwszym okresie zrywu stał się nadzieją dla całego walczącego kraju.

 

Najlepszym podsumowaniem wysiłku Langiewicza wydaje się fragment jego wspomnień „Relacje o kampanii własnej 1863”: „Prowadziliśmy wojnę w styczniu, lutym i marcu w nędznych ubiorach, podartym obuwiu, często w całodziennym głodzie, robiliśmy forsowne marsze, biliśmy się 17 razy w ośmiu tygodniach, biwakowaliśmy w błocie i śniegu, bez słomy i bez płaszczy, przy lichych ogniskach z mokrych gałęzi, prawie ciągle wśród przeważnego a okrutnego nieprzyjaciela, bez schronienia dla chorych i rannych (zostawszy rannym, musiałem na koniu lub na śniegu czekać 32 godziny za pierwszym opatrzeniem), zostawieni sami sobie, zasmuceni wiadomościami, że w innych częściach Polski powstanie jest jeszcze słabszym. A jednak ciągle powetowywaliśmy nasze straty, ciągle wzrastaliśmy w siłę moralną, coraz więcej zdobywaliśmy poszanowania na nieprzyjacielu”.

 

W świetle tych słów jakikolwiek komentarz jest chyba zbyteczny.

 

 

Działania Langiewicza w oczach opinii publicznej jawiły się jako skuteczne również z tego względu, że w innych częściach kraju partie powstańcze ponosiły porażki
Nie mając doświadczenia politycznego ani realnego poparcia politycznego, nieroztropnie przyjął propozycję dyktatury

Powiązane artykuły