FacebookFacebookSzukaj

Partnerzy serwisu

Partnerzy serwisu

II wojna światowa

Niech lew mieszka w Waszym sercu!

„Jeśli zdobędziemy Monte Cassino, a zdobyć je musimy, wysuniemy sprawę polską – obecnie tak tłamszoną – na czoło zagadnień świata i damy rządowi polskiemu nowy atut w obronie naszych praw” – gen. Władysław Anders, 24 marca 1944 r.

Michał Komuda

Patrzę na zegarek… Klasztor padł dziesięć minut temu. Jeszcze dziś, 18 maja, świat dowie się, że Monte Cassino jest w rękach Polaków. Trzeba, żeby wiedzieli potomni, że dla nas góra ta była najbardziej niedostępnym szczytem świata, trudniejszym do zdobycia niż Mount Everest, niż Nanga Parbat. Lecz tędy prowadziła droga do Polski – takimi słowami naoczny świadek, ppor. Witold Domański, relacjonował na bieżąco jedno z największych i najkrwawszych zwycięstw żołnierzy polskich podczas II wojny światowej. Zanim jednak nasi ułani zatknęli na klasztornej górze swój proporzec i wśród zdobytych ruin rozbrzmiały dźwięki hejnału mariackiego, tysiące atakujących z wielu krajów na zawsze zaległo na jej zboczach.

Oddziały sprzymierzonych dotarły w rejon masywu Monte Cassino już cztery i pół miesiąca wcześniej, w styczniu 1944 r. Liczące 519 m wzgórze dominowało nad jedyną drogą prowadzącą z tego rejonu Włoch do Rzymu. Jako pierwsze próbę jego zdobycia podjęły dywizje amerykańskiego II Korpusu, wspierane na prawym skrzydle przez żołnierzy Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego. Atakowi temu towarzyszyło na lewym skrzydle uderzenie oddziałów brytyjskiego X Korpusu, forsujących rzekę Garigliano. Pomimo zaangażowania znacznych sił, długotrwałe natarcia zostały okupione krwawymi stratami i zakończyły się niepowodzeniem. Alianci nie docenili Niemców. Rejon ten bowiem, w planach niemieckiego dowództwa, miał być miejscem, w którym siły Rzeszy zatrzymają pochód sprzymierzonych na północ. W tym celu, wykorzystując górzysty teren i przewężenie Półwyspu Apenińskiego, wzniesiono potężne systemy umocnień nazwane Linią Gustawa i Linią Hitlera. Dodatkowo obsadzono je zaprawionymi w bojach, doborowymi oddziałami niemieckimi. Najsilniej zaś ufortyfikowanym fragmentem całego systemu był kluczowy masyw Monte Cassino.

 

…twierdza, o którą walczyło wiele narodów…

 

Wykrwawionych Amerykanów z II  Korpusu zastąpił Korpus Nowozelandzki, składający się z doświadczonej w górskich walkach indyjskiej 4. Dywizji Piechoty, nowozelandzkiej 2. Dywizji Piechoty oraz służb 78. Dywizji Piechoty. Ich uderzenie 15 lutego poprzedziły alianckie naloty, podczas których na obsadzone przez Niemców opactwo benedyktynów na Monte Cassino zrzucono 576 ton bomb. W nocy ruszyli do boju Hindusi, a w ich szeregach waleczni Gurkhowie. Boje o masyw trwały trzy dni i nie przyniosły upragnionego zwycięstwa. Kolejną próbę sforsowania niemieckiej obrony podjęto w dniach 15–26 marca, poprzedzając ją 3,5-godzinnym nalotem bombowym połączonym z huraganowym ostrzałem artyleryjskim. Jednak i ona zakończyła się niepowodzeniem, a sprzymierzeni w trzech bitwach ponieśli olbrzymie straty. Koniecznym stało się wprowadzenie do walki nowych, niewykrwawionych jednostek. Dowódca brytyjskiej 8. Armii, gen. Olivier Leese, zaproponował użycie 2. Korpusu Polskiego.

 

„karpatczycy” i „kresowiacy”

 

24 marca po krótkim namyśle dowódca polskiego korpusu gen. Władysław Anders potwierdził gotowość swoich wojsk do przystąpienia do walki. Rozpoczęły się przygotowania do czwartej bitwy o Monte Cassino. W nocy z 23 na 24 kwietnia polscy żołnierze zaczęli zajmować pozycje wyjściowe do planowanego ataku, zastępując na nich wyczerpane oddziały. W kolejnych dniach opracowano szczegółowy plan działań zaczepnych, w ramach którego główne zadanie przypadło 3. Dywizji Strzelców Karpackich oraz 5. Kresowej Dywizji Piechoty i rozpoczęto przygotowania do starcia. W przededniu boju gen. Anders wydał rozkaz: „Żołnierze! Kochani moi bracia i dzieci!  Nadeszła chwila bitwy. Zadanie, które nam przypadło, rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego. W chwilach tych będą z nami myśli i serca całego Narodu. Niech lew mieszka w Waszym sercu!”.

 

Pierwsze natarcie

 

11 maja o godz. 23.00 rozpoczęto przygotowanie artyleryjskie, po którym po dwóch godzinach Polacy ruszyli do walki. Musieli pokonać ukrytą w systemie bunkrów i umocnień doborową, niemiecką dywizję spadochronową, ale też sforsować miny, zasieki z drutów kolczastych, a także skaliste zbocza masywu. Ich natarciu towarzyszył huraganowy ostrzał wroga, który nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności w chwili ataku miał podwójną obsadę. Pomimo to jeden z naocznych świadków, brytyjski dziennikarz wojenny, pisał tak: „Widziałem, jak wojska polskie szły do ataku. Nie zamierzam licytować, kto z sojuszników lepszy i odważniejszy, ale muszę stwierdzić, że Polacy walczą jak lwy!”. Niestety po pierwszych, okupionych wielkimi stratami sukcesach, na polskich żołnierzy runęły kontruderzenia wroga. Jak donosił specjalny korespondent „ Timesa”: „Jedna kompania polska […] wytrzymać musiała 7 kontrataków niemieckich. Niemcy w każdym natarciu używali coraz większych sił, rzucając w końcu cały batalion na tę polską kompanię. Dopiero wtedy Polacy opuścili pozycje”. Ostatecznie po południu 12 maja gen. Leese, po tym, jak natarcia 2. Korpusu umożliwiły brytyjskiemu korpusowi utworzenie przyczółka na rzece Rapido, nakazał wstrzymanie walk.

 

Ułański proporzec  na Monte Cassino

 

Drugie natarcie żołnierzy gen. Andersa ruszyło późnym wieczorem 16 maja. Walki szybko zaczęły zbierać krwawe żniwo wśród szeregowców i dowódców. Następnego dnia, w krytycznym momencie podczas niemieckiego kontrataku, nasi żołnierze walczyli ze słowami polskiego hymnu na ustach. Korespondent dziennika „Daily Telegraph” pisał: „Polacy biją się zacięcie, dokonując prawie nieprawdopodobnych czynów. W jednym miejscu musieli oni zdobywać pionową ścianę przy pomocy drabinek sznurowych i specjalnych klamer skalnych”. W końcu pod wpływem polskich sukcesów, a także postępów amerykańskich i francuskich w innej części frontu, niemieckie dowództwo zarządziło wycofanie spadochroniarzy z terenu opactwa. 18 maja ok. godz. 9.30 do opuszczonego klasztoru wszedł patrol 12. Pułku Ułanów Podolskich, który zatknął na zdobytych ruinach swój proporczyk. Godzinę później nad Monte Cassino zatrzepotała polska flaga. Sukces ten po blisko pięciu miesiącach otworzył sprzymierzonym drogę do Rzymu. Miał też ułatwić dziesiątkom tysięcy ludzi dostęp do bardziej odległego miejsca. Jak pisał reporter jerozolimskiej „Gazety Polskiej”: „Do Polski z Włoch jest bliżej. Jest bliżej dzięki tym rannym i tym żywym, którzy walczą dalej”.

Powiązane artykuły