FacebookFacebookSzukaj

Partnerzy serwisu

Partnerzy serwisu

fot.B.Bajerski/MNW

Dawne czasy

Grunwald Matejki

Malując obraz, artysta opierał się na opisie bitwy zawartym w kronice Jana Długosza oraz na własnych obserwacjach podczas wizyty na polach Grunwaldu w 1877 r. Matejko był malarzem historycznym, ale nie fotografem. Jego dzieła, w tym „Bitwa pod Grunwaldem”, pełne są symboli, które dziś potrafią odczytać jedynie nieliczni

Michał Kopczyński

Z relacji Długosza wiemy, że wielki mistrz – orędownik definitywnego rozstrzygnięcia konfliktu z Polską na polu walki – zginął w drugiej fazie bitwy, prowadząc 16 zakonnych chorągwi do ataku na skrzydło wojsk polskich. Zginął zapewne w pierwszym starciu, strącony z konia celnym ciosem kopii w pierś i dobity uderzeniem w głowę. Kto go zabił, nie wiemy. Być może Mszczuj ze Skrzyńska, bo to jego sługa, niejaki Jurga, idąc po bitwie śladami swego pana i zdzierając łupy z ciał powalonych przez niego przeciwników, przyniósł cenny relikwiarz należący do wielkiego mistrza.

 

Matejkowska wizja śmierci von Jungingena jest zupełnie inna. Mszczuja na obrazie nie ma. Za to w samym centrum znajdują się dwaj walczący pieszo żołnierze. Jeden celuje w pierś wielkiego mistrza włócznią, a drugi zamierza się nań toporem. Jeśli sięgniemy po Sienkiewicza, to okaże się, że wielki mistrz zginął z rąk chłopskiej piechoty. Utwierdzimy się w tym przekonaniu, oglądając raz jeszcze film Aleksandra Forda „Krzyżacy”. Ba, wersję o chłopskiej piechocie znajdziemy nawet w historycznej monografii wojny polsko-krzyżackiej pióra prof. Stefana Marii Kuczyńskiego.

 

Czyżby więc von Jungingena zabiła piechota? Nic podobnego, piechoty pod Grunwaldem w ogóle nie było, a Matejko przedstawił śmierć mistrza Zakonu w sposób symboliczny. Półnagi żołnierz z włócznią to zapewne Żmudzin lub Litwin, a więc członek ludu przedstawianego przez Krzyżaków w całej Europie jako zatwardziali poganie. Ów „poganin” wymierza sprawiedliwość włócznią św. Maurycego, relikwią o rzymskiej proweniencji, której kopię przekazał Bolesławowi Chrobremu cesarz Otton III podczas zjazdu gnieźnieńskiego w roku 1000. Trudno o bardziej wymowny symbol krzyżackiego zakłamania. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, to rozwiewa je druga postać – odwrócony do widza tyłem człowiek z siekierą to kat, „mistrz sprawiedliwości”, jak mówiono o ludziach tego zawodu w czasach staropolskich. Topór, czerwona chusta na głowie i wreszcie pas z sakiewką (do której skazaniec wrzucał monetę, by wyrok wykonany był szybko i bez zbędnych cierpień) to przedmioty charakterystyczne, pozwalające na odgadnięcie intencji malarza. Skoro kat, to kara.

 

Śmierci von Jungingena z przerażeniem w oczach przygląda się u Matejki wielki szpitalnik Zakonu Werner von Tettingen. Uczestniczył on w bitwie i szczęśliwie nie podzielił losu 205 rycerzy krzyżackich, którzy na polach grunwaldzkich pozostali na zawsze. Ale klęska wywarła na nim niezatarte piętno. Choć był najwyższym pozostałym przy życiu dostojnikiem krzyżackim i powinien objąć władzę po Ulryku von Jungingenie, na przeszkodzie temu stanęła nie tyle ucieczka z pola walki, co nerwowe załamanie. Jak pisze Długosz: „Komtur elbląski Werner Tettingen, który odradzał pokój, […] niepomny tego, co powiedział uniesiony pychą, uciekł z pola walki i po przedarciu się przez obóz Zakonu, nie mając odwagi do nikogo się zbliżyć, nie wcześniej uznał, że winien zaprzestać swej ucieczki, aż przybył do Elbląga. A potem opuściwszy Elbląg, przyłączył się do tych, którzy uciekali do Malborka”.

 


Henryk von Plauen

 

 

Początkowo w tragiczne dla Zakonu wieści spod Grunwaldu, napływające zaraz po bitwie, nikt w Malborku nie chciał wierzyć. Położenie Zakonu pogarszało załamanie nerwowe von Tettigena. W tej sytuacji po władzę sięgnął komtur Świecia, Henryk von Plauen, którego pod Grunwaldem nie było. Ogłosił się on namiestnikiem Zakonu aż do końca wojny i przystąpił do przygotowań obronnych w Malborku. Gdy 25 lipca pod murami stanęły wojska polskie, von Plauen miał do dyspozycji 4 tys. ludzi. Oblężenie trwało do września i nie przyniosło sukcesu stronie polskiej. W uznaniu zasług, von Plauen został wybrany wielkim mistrzem Zakonu. Na urzędzie tym zasiadał jedynie trzy lata, bowiem poddanym naraził się swą bezwzględną polityką fiskalną, a wielkiej kapitule Zakonu (która, w odróżnieniu od poddanych miała wpływ na władzę) wydał się zbyt butny, jako że dążył do wznowienia wojny z Polską i Litwą. W 1413 r. został usunięty z urzędu i na pewien czas wtrącony do więzienia. W ostatnich latach życia (zmarł w 1429 r.) pełnił urzędy mniej ważne w krzyżackiej hierarchii.

 

Na pomoc wielkiemu mistrzowi na obrazie Matejki rusza książę szczeciński Kazimierz z rodu Gryfitów, lecz odsiecz okazuje się nieskuteczna, bowiem rozpędzonego książęcego konia osadza w miejscu nieznany z imienia giermek, a z tyłu zachodzi krzyżackiego sojusznika polski rycerz Jakub Skarbek z Góry. Uwiecznienie zawdzięcza książę Kazimierz nie tyle swej postawie w walce, co wydarzeniom bezpośrednio sprzed bitwy. Gdy Jagiełło wysłuchiwał kolejnych mszy w namiocie kaplicznym, polskie i litewskie wojska szykowały się do starcia, a Krzyżacy czekali na jego rozpoczęcie w gotowości, do polskiego obozu przybyło dwóch heroldów. Jeden z nich nosił herb pomorskiego księcia (czerwony gryf). Ani ich przybycie, ani nawet dwa nagie miecze, które ze sobą przynieśli, nie były niczym nadzwyczajnym przed rozpoczęciem bitwy. Dary tego rodzaju wręczano sobie dość często. Szokujące było to, co heroldowie powiedzieli polskiemu królowi: „Najjaśniejszy królu! Wielki mistrz pruski Ulryk posyła tobie i twojemu bratu (pominęli imię Aleksandra i tytuł księcia) przez nas tu obecnych posłów dwa miecze, ku pomocy, byś z nim i z jego wojskami mniej się ociągał i odważniej, niż to okazujesz, walczył, a także żebyś się dalej nie chował i pozostając w lasach i gajach, nie odwlekał walki”. Słowa te były tak oczywistą obrazą, że zanotował je zarówno autor najstarszego opisu bitwy – tzw. „Kroniki konfliktu” – jak i piszący po latach Jan Długosz. Wobec krzyżackiej klęski na grunwaldzkim polu nabrały one jeszcze jednego wymiaru, pokazywały czytelnikowi, że porażka zakonników była słuszną karą za najstraszniejszy grzech, jakiego mógł się dopuścić śmiertelnik – pychę.

 

Książę Kazimierz dostał się do niewoli. Jako ważny jeniec dopuszczany był do wspólnego stołu z Jagiełłą, ale też słono Zakon musiał zapłacić za jego uwolnienie (okup za jeńców Zakon płacił przez rok, a nie mógł tego uniknąć, by nie pogrążyć dobrego imienia w oczach rycerzy przybywających mu na pomoc). W czasie gdy Zakonnicy zbierali pieniądze, książę opuścił polski obóz, złożywszy przysięgę, że powróci na wezwanie, i udał się z powrotem do Szczecina.

 

Markward von Salzbach, komtur Pokarmina (Brandenburga)

 

W średniowiecznej bitwie najcenniejszy łup stanowili jeńcy, bowiem za ich wolność płacono okup. Choć najważniejszych z nich oddawano władcy, to biorący ich do niewoli rycerz mógł zawsze liczyć na hojną nagrodę w pieniądzu lub nadaniach. To właśnie jeńcy i ewentualne łupy zdjęte z zabitych stanowiły zwrot kosztów inwestycji w zbroję, broń i konie dla stających pod sztandarami rycerzy.

 

W grunwaldzkiej bitwie pojmano stosunkowo niewielu rycerzy krzyżackich. Być może był to efekt zapiekłej nienawiści, jaką żywili do nich Polacy i Litwini, nienawiści przewyższającej nawet własny interes materialny. Do niewoli dostał się Markward von Salzbach, pojmany przez rycerza Jana Długosza z Niedzieliska. Życie jeńca nie trwało jednak długo. Pięć dni po bitwie „Markward niepomny swego losu i niedawnego gniewu księcia zbyt wyniosłą odpowiedzią wywołuje gniew tego, którego winien był ułagodzić pokornymi słowami. >>Obecny los – powiada – nie budzi we mnie żadnego lęku. Jego pomyślne skutki spływają w równej mierze na jedną i drugą stronę. A że los kołem się toczy, jutro da nam, zwyciężonym to, co wyście dzisiaj zdobyli jako zwycięzcy<

 

Przyczyną egzekucji nie była chyba ani owa harda wypowiedź (znów krzyżacka pycha!), ani nawet obraźliwe ponoć słowa pod adresem Biruty, matki Witolda, lecz znacznie dawniejsze dzieje. Los bowiem zetknął Witolda i Markwarda już w 1398 r., gdy ten pierwszy poszukiwał w Krzyżakach sojusznika przeciw Tatarom i stryjecznemu bratu Jagielle. Później wielokrotnie obaj się spotykali, a Zakon uznał nawet za stosowane mianowanie Markwarda komturem Pokarmina, położonego koło Królewca, w pobliżu Litwy. Wydaje się więc, że egzekucja, która przecież nie przeszła bez echa w całej Europie, musiała mieć inne tło niż tylko osobistą zemstę za pełne buty i pogardy słowa.

 

Jan Długosz z Niedzielska

 

Tuż nad głową Markwarda umieścił Matejko skromnego rycerza Jana Długosza z Niedzieliska, ojca kronikarza, również Jana, którego tekst był podstawą rekonstrukcji bitwy przez malarza. To on właśnie, a nie ukazany obok wojownik o wschodniej zapewne proweniencji, pojmał krzyżackiego dostojnika. Wcale nie posłużył się do tego arkanem (cóż za niehonorowy sposób pojmania! Jak psa, a nie rycerza), lecz po prostu, gdy szale bitwy przechyliły się na stronę polską, zwinięto na znak poddania się chorągiew Markwarda (czarny orzeł na żółtym tle) i oddano miecze. Tragiczny los jeńca przekreślił szanse Jana z Niedzielska na okup, a przecież nie w każdej bitwie udaje się pochwycić tak znacznego przeciwnika. Jan Długosz nic jednak nie stracił. Jagiełło pamiętał o przewagach Jana (a gdyby zapomniał, to przecież przypomniałby je jego brat, Bartłomiej z Kłobucka, królewski kaznodzieja i świadek bitwy, mianowany za swe zasługi w 1410 r. proboszczem w Kłobucku, którą to prebendę przekazał po latach swemu bratankowi, kronikarzowi Janowi Długoszowi).

 

Już w 1411 r. objął Długosz urząd starosty brzeźnickiego, co stanowiło dobry początek dla dalszej rozbudowy pozycji majątkowej rodziny. A była ona duża, 11 synów, a każdy o imieniu Jan. Wyrośli z nich dzielni rycerze i jeden kronikarz. Ten ostatni już w dzieciństwie wykazywał specjalny pociąg do wiedzy. Potopił w stawie swe zabawki, by nie zajmowały mu czasu, do szkoły przybywał zwykle dużo wcześniej, a gdy była zamknięta, głośnym płaczem i krzykami domagał się, by go wpuszczono. Nic dziwnego, że w przyszłości został nauczycielem synów Kazimierza Jagiellończyka i największym z polskich średniowiecznych historyków. Naśladujcie cnoty przodków!

 

Witold (zwany przez Długosza Aleksandrem), wielki książę litewski

 

Centralne miejsce na obrazie Matejki zajmuje Witold, stryjeczny brat Jagiełły, syn księcia Kiejstuta, przez Jagiełłę zamordowanego jeszcze przed zawarciem unii z Polską. Postać to niejednoznaczna, największy niewątpliwie władca Litwy, który podporządkował jej ogromne połacie ziem ruskich, sięgające niemal po Moskwę, ale też wichrzyciel, kilkakrotnie zmieniający strony. O ile trudno się dziwić, że zwracał się do Krzyżaków po pomoc bezpośrednio po zabójstwie ojca, to jego postępowanie w latach 90., gdy już był uznanym przez stryjecznego brata wielkorządcą Litwy, jest zagadkowe.

 

W 1398 r. zawarł on bowiem pokój z Krzyżakami, oddając im litewską Żmudź w zamian za pomoc w wyprawie przeciwko Tatarom. A na czele owej pomocy stał nie kto inny jak Markward von Salzbach. Wielki plan Witolda jednak się nie powiódł. W bitwie nad rzeką Worsklą w 1399 r. sprzymierzone siły doznały bolesnej klęski z rąk wojowników Złotej Ordy, wspieranej przez oddziały Tamerlana. Witold z trudem wyniósł cało głowę. Nie został więc panem Ordy, nie zacisnął od południa kleszczy wokół wzmacniającej się Moskwy, ale dzięki temu powrócił do sojuszu z Jagiełłą, uzyskał tytuł wielkiego księcia Litwy i zwrócił się przeciw Krzyżakom (co właśnie gorzko mu wypominał Markward i za to położył głowę pod topór).

 

Predylekcje Witolda do polityki wschodniej ukształtowały jego obraz na matejkowskim obrazie. Z szalonym wzrokiem wbitym w widza, dosiadając równie oszalałego w bitewnym zgiełku konia, w lekkiej tylko zbroi, we wschodnim – ale ozdobionym krzyżem – kołpaku na głowie, dzierżąc w ręku tarczę wschodniego typu, staje się centralną postacią dzieła, jakże inną od oddalonego od głównego planu Jagiełły. Symbolika tego przedstawienia budziła i budzi różne skojarzenia oraz interpretacje. Nie wchodząc w nie szczegółowo, podkreślmy tylko, że zgodnie z długoszowym przekazem, to Witold przed bitwą zajmował się szykowaniem wojska do starcia (Jagiełło wtedy się modlił i przyjmował krzyżackich heroldów). To on też jako pierwszy na czele Litwinów uderzył na wroga.

Porywczy (stąd ten wzrok), ale jednak wielki (nie tylko z tytułu), łączący dwa światy (Zachodu i Wschodu), ochrzczony stosunkowo niedawno (krzyż), to skojarzenia, które chciał u widza wywołać malarz.

 

Marcin z Wrocimowic, chorąży krakowski i Zyndram z Maszkowic

 

Marcin z Wrocimowic z matejkowskiego obrazu budził wiele obiekcji krytyków. Niektórzy historycy oskarżali wręcz malarza o całkowitą nieświadomość średniowiecznych realiów. Na głowie dziwaczny hełm z piórami ŕ la husarskie skrzydła, przez ramię przerzucona lamparcia skóra, o jakiej mało kto mógł marzyć w owym czasie, z pewnością niedostępna posiadaczowi cząstki wsi w Małopolsce. I na nic zda się argument, że teść Marcina był znanym obieżyświatem, którego istnienie odnotowały zachodnioeuropejskie herbarze z końca XIV w.

 

Krótko przed początkiem wielkiej wojny z Zakonem Krzyżackim, Marcin został mianowany chorążym krakowskim, co oznaczało, że to on będzie prowadzić w czasie przemarszów tę jedną z najważniejszych w siłach polskich jednostkę. Nie dowodził nią wprawdzie (to była funkcja Zyndrama z Maszkowic), lecz – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – odpowiadał za łączność, bowiem i w marszu, i w bitwie rycerz winien raz po raz patrzeć, gdzie się znajduje chorągiew (gonfalon) jego jednostki i stosownie do zaszyfrowanych w jej ruchach rozkazów, podejmować decyzje. Nie wiemy, jak układała się współpraca Marcina z Zyndramem. Znamy natomiast dramatyczny epizod w krytycznym momencie bitwy, kiedy to chorągiew krakowska z godłem całego królestwa zniknęła z oczu walczących. Mało prawdopodobne, by zdobyli ją na chwilę Krzyżacy (o czym pisze Długosz), raczej upadła przypadkiem. Ale konsekwencje tego mogły być opłakane. Brak chorągwi oznaczał bowiem zazwyczaj rozkaz do odwrotu. Na szczęście niewielu to zauważyło. Rycerze zajęci byli walką z Krzyżakami nacierającymi właśnie na krakowską chorągiew ze szczególną zajadłością.

 

Marcina nie obwiniano po bitwie za to wydarzenie. Urząd chorążego piastował aż do śmierci. Konsekwencje chaosu poniósł natomiast dowódca chorągwi krakowskiej, Zyndram z Maszkowic, krótko po bitwie zastąpiony na tej funkcji przez innego rycerza.

 

Jan Żiżka z Trocnowa

 

Na grunwaldzkim polu nie zabrakło w polskich szeregach czeskich najemników. Ich chorągiew sprawiła się dzielnie, choć w krytycznym momencie, gdy załamało się prawe, litewskie skrzydło wojsk polskich, część rycerstwa podało tyły, a dowódca chorągwi wręcz znalazł się w polskim obozie, skąd wygnały go dopiero słowa pełne pogardy dla tchórzostwa, wypowiedziane przez Mikołaja Trąbę i niechętne komentarze towarzyszy broni. O roli Żiżki w bitwie nic nie wiemy. Był, walczył, wszak od dziesięciu lat, po utracie majątku ziemskiego, zawodowo zajmował się wojaczką.

 

Matejko, z pochodzenia (po ojcu) Czech, nie mógł pominąć na obrazie czeskiego bohatera narodowego Jana Żiżki. Jego wodzowska sława, doceniona przez współczesnych i dzisiejszych historyków, rozkwitła dopiero później, w czasie wojen husyckich, w latach 1419–1424. Żiżka stanął wówczas w szeregu najwybitniejszych wodzów najbardziej radykalnego skrzydła husytów, tzw. taborytów. Mając pod swoim dowództwem przedstawicieli drobnej szlachty i plebejuszy, niedysponujących często uzbrojeniem i ekwipunkiem równym prawdziwemu rycerstwu, zwycięstwa odnosił dzięki nowej taktyce polegającej na powiązaniu łańcuchami wozów, na których ustawiano armaty i strzelców uzbrojonych w hakownice. Szturm ciężkiej jazdy na dobrze ustawiony tabor (ta nazwa od taborytów, a nie odwrotnie) kończył się zwykle klęską. Taktykę tę przyjęto powszechnie w środkowej Europie. Stosowali ją też Polacy i Krzyżacy. Koniec epoki rycerstwa nadchodził nieubłaganie, a jednym z jej grabarzy był sławny rycerz Jan Żiżka z Trocnowa.

 

Wielki wódz po śmierci chciał pozostać ze swymi żołnierzami. Polecił, by zedrzeć jego skórę, oblec nią wielki bęben i tłuc weń w czasie walki. Nie wiemy, gdzie pochowano jego szczątki. Ich poszukiwania prowadzone wielokrotnie w XIX w., epoce czeskiego odrodzenia narodowego, nie przyniosły rezultatu.

 

Zawisza Czarny z Garbowa

 

„Polegaj jak na Zawiszy” to powiedzenie, które po dziś dzień sławi najbardziej znanego polskiego rycerza późnego średniowiecza, Zawiszę Czarnego z Garbowa. Tak sławny rycerz, wywodzący się z możnowładczej rodziny sieradzkiej, nie mógł oczywiście występować na polu bitwy bez hełmu. Ale jakże nakładać mu hełm, skoro jedyna wiadomość o jego wyglądzie, jaka do nas dotrwała, to kruczoczarne włosy zdobiące jego głowę?

Zawisza był nie tylko sławnym w całej Europie rycerzem, zwycięzcą licznych turniejów i krzyżowcem walczącym w szeregach wojsk Zygmunta Luksemburskiego z Turkami. Odgrywał też rolę polityczną. To on zaproponował po Grunwaldzie pojednanie między Jagiełłą a Zygmuntem Luksemburskim (1411), on był jednym z uczestników polskiej delegacji na sobór w Konstancji, gdzie specjalna komisja rozpatrywała spór polsko-krzyżacki. Wielokrotnie też posłował na dwór Zygmunta. W 1415 r. jednym ciosem kopii zwalił podczas turnieju z konia Jana z Aragonii, najsłynniejszego w owych czasach rycerza turniejowego na

Zachodzie. Odtąd już cała Europa wiedziała, kim jest Zawisza. Wiedzieli husyci, z którymi walczył w latach 1420–1422, broniąc praw Zygmunta Luksemburskiego do czeskiej korony. Wiedzieli oczywiście też Turcy. Zawisza poległ w walce z nimi, osłaniając pod Golubacem odwrót wojsk Luksemburczyka w 1428 r. Wzięty początkowo do niewoli przez dwóch janczarów, padł ofiarą kłótni między nimi o podział spodziewanego okupu. Krewki janczar, dobywszy szabli, odciął głowę Zawiszy, nie mogąc się pogodzić z koniecznością podziału okupu. Kto mieczem wojuje…

Symboliczny pogrzeb Zawiszy odbył się w kościele franciszkanów w Krakowie, wkrótce po nadejściu wiadomości o jego śmierci.

 

Władysław Jagiełło i ludzie na wzgórzu

 

Jeszcze przed bitwą Władysław Jagiełło zdecydował, że jej przebieg będzie obserwował ze wzgórza. W owym czasie nie było to typowe zachowanie. Wielu dowódców, w tym Ulryk von Jungingen pod Grunwaldem, osobiście uczestniczyło w walce. Dowodzenie ze wzniesienia było charakterystyczne dla wschodniej sztuki wojennej, bowiem słabo wyposażeni w broń defensywną (pancerze) Tatarzy przewagę nad przeciwnikiem uzyskiwali dzięki manewrowi. Ten jednak wymagał centralnego dowództwa. To właśnie, a nie obawy, decydowały o postawie króla. Towarzyszyli mu nieliczni rycerze, grono doradców, nad głową monarchy powiewał jego osobisty proporzec.

 

Gdy w krytycznym dla Krzyżaków momencie bitwy wielki mistrz postanowił zaatakować skrzydło polskie na czele 16 chorągwi, ich droga wiodła w pobliżu królewskiego wzgórza. Szybko zwinięto proporzec monarchy, lecz kilku rycerzy odłączyło się od atakujących, by ruszyć na wzgórze. Większość z nich powstrzymał okrzyk wielkiego mistrza, zakazujący odłączania się. Jeden, Dypold von Kökeritz, nie posłuchał. Skierował się na króla, który mimo protestów otoczenia, ująwszy kopię, wyruszył mu na spotkanie. Nie doszło do pojedynku. Dypolda ugodził z boku, na wpół złamaną kopią, królewski sekretarz Zbigniew Oleśnicki. Zrzucony z konia hardy Miśnianin został dobity przez polskie rycerstwo. A Oleśnicki, gdy mianowano go biskupem krakowskim, musiał prosić papieża o dyspensę, bo duchownym w owym czasie nie wolno było stawać na polu walki z bronią.

 

Św. Stanisław

 

Orędownictwu patrona Polski, św. Stanisława ukazującego się walczącym przed i w trakcie walki, Jan Długosz przypisuje niemałą dla losów bitwy rolę. Nie mogło więc go zabraknąć i na obrazie Matejki. Żyjący w XI w. biskup Krakowa zginął w niejasnych okolicznościach z rąk króla Bolesława Szczodrego. Gall Anonim, pierwszy kronikarz dziejów Polski piszący na dworze Bolesława Krzywoustego w początku XII w. – a więc krótko po wypadkach – sprytnie uniknął opisywania okoliczności konfliktu. Jego niejasna uwaga o pomazańcu, który nie powinien karać innego pomazańca śmiercią, pozostała wyzwaniem dla historyków na następne 900 lat. A interpretacje były różne, od oskarżenia o zdradę (Tadeusz Wojciechowski w 1904 r.) po pochwałę, jako orędownika niesłusznie uciskanych królewskich poddanych.

 

Niezależnie od tego, jak było (a tego nigdy się już nie dowiemy), kult biskupa Stanisława narastał w Krakowie przynajmniej od XII w. Kanonizowano go jako męczennika w stuleciu XIII, a legenda o cudownym zrośnięciu się pociętego na części ciała duchownego, służyła jako przypowieść o rychłym i nieuchronnym scaleniu podzielonego na dzielnice państwa Piastów. Dla zwykłych ludzi orędownictwo biskupa było lekiem na ziemskie choroby. Zachowany do dziś katalog cudów świętego, spisany na potrzeby procesu kanonizacyjnego, pełen jest opowieści o chorych, szczególnie o rodzicach niosących niekiedy z daleka niepełnosprawne dzieci, którzy doznawali łaski uzdrowienia swych pociech dzięki niebieskiemu wstawiennictwu biskupa. Czytając owe relacje, ma się nieodparte wrażenie, że uczone teorie niektórych historyków o tym, jakoby w średniowieczu dzieci traktowano chłodno z powodu dużej wśród nich śmiertelności, są wytworami gabinetowych spekulacji, stojących w sprzeczności ze świadectwem źródeł.

 

 

 

Tuż nad głową Markwarda umieścił Matejko Jana Długosza, ojca kronikarza, również Jana, którego tekst był podstawą rekonstrukcji bitwy przez malarza
Centralne miejsce na obrazie zajmuje Witold, stryjeczny brat Jagiełły, syn księcia Kiejstuta, przez Jagiełłę zamordowanego przed zawarciem unii z Polską

Powiązane artykuły